środa, 17 kwietnia 2019

Pomorska jesień.


Wydane w 1996 roku „Jesienne Szepty” to split wyjątkowy. Rzadko bowiem zdarza się, by dla obu zespołów wydawnictwo tego typu było jednym z najlepszych w dyskografii. Szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że tak Sacrilegium jak i North zamieściły tu po jednym utworze. Są to jednak utwory wyjątkowe, nagrane specjalnie na to wydawnictwo, które przypadło na najlepszy okres w historii obu zespołów.

Jestem wielkim fanem Sacrilegium a „Wicher” to dla mnie religia, nie mogę jednak nie docenić tego, co osiągnął tu North. Torunianie nigdy nie byli moimi faworytami, choć wydany rok wcześniej pełnowymiarowy debiut lubię i szanuję. Daleko mu jednak, w mojej ocenie, do tego jednego, długiego, świetnego utworu z Szeptów. „Czas płynie jak rzeki” to szczytowe osiągnięcie zespołu w latach dziewięćdziesiątych, jestem nawet w stanie zaryzykować tezę, że w całej jego twórczości. Przede wszystkim, North w tym utworze pokazuje swój potencjał, którego nie doświadczyliśmy w pełni ani na wcześniejszym „Thorns On The Black Rose” (co jestem w stanie zrozumieć, bo był to debiut), ani na późniejszym „From The Dark Past”. Styl z „Jesiennych Szeptów” zespół kontynuował jeszcze na splicie z Grom i Marhoth, jednak już bez takiego powodzenia. Co tak bardzo wyróżnia „Czas...”? Po pierwsze jego epickość. Po drugie, atmosfera. No i po trzecie kompozytorskie rozbudowanie. W pewnym stopniu, można powiedzieć, że North świetnie dopasował się klimatem utworu do swego kompana autorstwa Sacrilegium. Nie wiem na ile to było zamierzone a na ile wyszło samoistnie i spontanicznie, w każdym razie efekt jest świetny. Dla mnie to do tej pory najlepszy utwór hordy z Torunia. Możliwe, że dużą rolę odgrywa tu sentyment – nic na to nie poradzę, najmłodszy nie jestem. Drugim utworem składającym się na Szepty jest „Tam gdzie gaśnie dzień...” Sacrilegium. Zdradziłem się już wcześniej z moim uwielbieniem dla tego zespołu, szczególnie dla albumu „Wicher”. Biorąc pod uwagę, że ten długi, nastrojowy utwór powstał w tym samym okresie co debiut zespołu, trudno bym oceniał go negatywnie. „Tam gdzie gaśnie dzień...” mógłby bez żadnego problemu znaleźć się na pierwszym albumie Wejherowian, bo to i klimat ten sam i nastrój i aranżacje i tematyka. Jest trochę wolniej, trochę bardziej ku zadumie, ale i ten numer ma momenty agresji i furii. Gdyby nie doskonały „Wicher Falami Ognia”, będący wspaniałym zwieńczeniem płyty, rolę tę mógłby z powodzeniem pełnić właśnie utwór z Szeptów. I dlatego jest on obok wszystkich kawałków z Wichra, największym i najlepszym osiągnięciem Sacrilegium. Tu nie mam żadnych wątpliwości i w obronie tego twierdzenia jestem w stanie stanąć z każdym na ubitej ziemi. Ówczesny potencjał zespołu zawarty w tym splicie jak i w debiutanckim albumie, był ogromny i tym bardziej możemy tylko żałować, że późniejsze wypadki potoczyły się tak, jak się potoczyły. Cieszmy się jednak tym, co po okresie chwały pozostało, bo to już nigdy nas nie opuści. 

„Jesienne Szepty” to niecałe dwadzieścia minut muzyki. Tylko i aż. Tylko, bo chciałoby się więcej, aż – bo to muzyka bardzo dobra. Split jest spójny, jednolity atmosferą, wyrównany poziomem utworów, zbalansowany i tworzy zamkniętą całość, biorąc pod uwagę tytuł, oprawę graficzną (to wspaniałe godło!). W tamtym czasie absolutna krajowa czołówka i pamiętam, że gdy pierwszy raz trafiłem na ten materiał (a było to już po premierze albumu „Wicher”) to nie dość, że zrobił on na mnie bardzo duże wrażenie, to wydał mi się wspaniałym podsumowaniem i kwintesencją ówczesnej krajowej północnej sceny. Niby tylko dwa utwory a praktycznie wszystko co najlepsze z pomorskich krain. I choć czas płynie jak rzeki, ten materiał się nie starzeje.

Sacrilegium / North - "Jesienne Szepty". Black Arts, 1996.




(Tekst powstał dla Horna Zine).


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz