środa, 3 kwietnia 2019

Łabędzi śpiew?


Ci co czytają regularnie moje recenzje wiedzą, że od dłuższego czasu mam awersję do jednoosobowych projektów określanych mianem „atmospheric black metal” i staram się unikać ich jak mogę. Na szczęście nie wszystkie jednoosobowe projekty podpadające pod wymieniony wcześniej szyld są niczego nie warte. Inna sprawa, że akurat Nagual występuje pod określeniem „melodic black metal” (co za debil te nazwy wymyśla?), ale ktoś kiedyś mówił mi „wiesz, to taki atmospheric”, nie wiedząc, że automatycznie mnie od tego projektu separuje. Dobrze, że jakiś czas później przyszła płyta od wydawcy, bo przekonałem się, że krakowski projekt to zupełnie inna bajka.

Kiedy piszę te słowa Nagual najprawdopodobniej już nie istnieje (tak w każdym razie twierdzi Metal Archives) ale pomimo iż przeczytacie tu sporo pozytywnych słów nie ma to nic wspólnego z zasadą, że o trupie należy wypowiadać się tylko w superlatywach. „Self - Conqueror” to drugie wydawnictwo projektu i zarazem druga epka. „Zgliszcza”, debiut pochodzący z 2013 roku nigdy nie spotkał mojego słuchu, co może kiedyś uda się nadrobić. Bohater dzisiejszego tekstu trwa nieco ponad dwadzieścia minut i zawiera trzy kompozycje. I tak, możemy na upartego nazwać tę muzykę „melodic black metal”, tyle tylko, że black metal zawsze melodie posiadał, więc nie widzę sensu. Nagual nie zawyża w tej kwestii normy, podkreślanie więc melodyjności nie jest trafione. Koniec końców to tylko łatka, którą można odrzucić na bok i skupić się na muzyce. A jest na czym, bo Nagual pomimo bycia projektem jednoosobowym oferuje bardzo wiele. Utwory są bogate, rozbudowane i aranżacyjnie zróżnicowane. Najsłabiej wypada otwieracz (choć nadal to wysoki poziom), nota bene zaśpiewany po polsku, jednak już dwa następne, z naciskiem na ostatni to uczta dla uszu. Bardzo dużo w muzyce Nagual klimatu i atmosfery, ale wcale nie tak wiele smutku. Nie ma tu piwnicy czy grobu, to rejony stanowczo bliższe gwiazdom i ciemnemu niebu, sprzyjające zadumie, jednak nie brakuje momentów agresywnych, zaaranżowanych w sposób bardzo udany. No i ten ostatni „Labyrinth’s Fall”… przecież to jest wyśmienita kompozycja, która mogłaby zamykać wiele bardzo mocnych albumów uznanych nazw, tak dzisiejszych jak i wczorajszych. Bogata, pełna emocji, zmian tempa, momentów niosących jak wiatr, wokalnego szaleństwa i instrumentalnych harców. Świetne zamknięcie, szkoda, że tak krótkiego materiału. Świetny prognostyk na przyszłość, tyle, że tej przyszłości chyba nie będzie. Jeśli to prawda, że nic już pod szyldem Nagual nie usłyszymy, to bardzo szkoda i najzwyczajniej żal, bo odejście w niebyt każdego interesującego projektu to strata dla sceny. Jedyne co pozostaje to polecić wam „Self – Conqueror” a samemu po raz szósty z rzędu odpalić „Labyrinth’s Fall”. 

Nagual - „Self – Conqueror”. Putrid Cult, październik 2016.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz