środa, 27 marca 2019

Toast po osiemnastu latach.


Pamiętacie Norden? W 2000 roku mieli swoje pięć minut wypuszczając „Glory in Flames”, album o którym przez chwilę było głośno, z charakterystycznym drakkarem na okładce. Viking metal z polskimi i angielskimi tekstami, o którym należało jak najszybciej zapomnieć. Jeśli więc nie pamiętacie tego tworu, nie będę miał wam za złe, bo ja sam już dawno zapomniałem. Ale Norden właśnie o sobie przypomniał powracając po osiemnastu latach z nową płytą zatytułowaną „Z popiołów i krwi...”.

Chcąc rzetelnie podejść do recenzji tego wydawnictwa wróciłem na moment do debiutu z 2000 roku. I był to faktycznie moment, choć planowałem przesłuchać cały „Glory in Flames”. No ale pokonał mnie po raz kolejny, dziś brzmi jeszcze gorzej niż wtedy i kompletnie się nie broni. Nie mając nic do stracenia, bo przecież ciężko po osiemnastu latach nagrać coś gorszego, odpaliłem „Z popiołów i krwi...”, wierząc, że pełnoletniość to wystarczający czas na progres. I w jakimś stopniu faktycznie ten czas wystarczył, niestety pewnych nawyków i przyzwyczajeń z twórczości Norden nie wyrugował. Przede wszystkim nie wyleczył muzyki pomorskiego projektu z kompletnie niepotrzebnej podniosłości, która – szczególnie w dwóch pierwszych utworach – nurza się w patosie po samą szyję i w połączeniu z tekstami jest po prostu pretensjonalna. Zresztą, dwa pierwsze numery można by wyciąć, bo ten album zaczyna się od trzeciego utworu, który przyjemnie wprowadza tu Bathory i do końca jest już tylko lepiej. Klimat ten utrzymuje kolejna kompozycja a piąty na płycie „To twój bóg” mógłby zostać podpisany przez Quorthona. Co się odwlecze to nie uciecze, jak mawiali wczesnośredniowieczni mieszkańcy Uppsali i mistrz pojawia się zamykając ten album kompozycją „The Land”, całkiem nieźle zagraną przez Norden. Ten album nie tylko muzycznie nawiązuje do najlepszych lat viking metalu, otrzymujemy cały pakiet adepta nauk Odyna, co niesie ze sobą także teksty. I w tym obszarze osiemnaście lat pomogło jednak wciąż jest nad czym pracować, bo dobrze byłoby sobie uświadomić, że to już nie lata dziewięćdziesiąte gdy dosłowność wręcz biła z każdego albumu i może warto pokusić się o trochę więcej tajemnicy czy mistycznej aury nad lirykami, jak choćby w pewnym momencie uczynił Quorthon. No i będę się upierał, że jeśli już lecimy całościowo po skandynawsku, fajnie byłoby nagrać choć jeden numer w którymś z języków ludzi północy. Są to jednak sprawy drobne w cieniu najważniejszego wniosku po przesłuchaniu drugiego albumu Norden. Otóż proszę państwa, jest to album o całą Walhallę lepszy od poprzednika i gdyby usunąć dwa pierwsze utwory byłby naprawdę godzien choć jednego toastu w wielkim dworze Odyna. A oni nie pili za byle co i choć każdego dnia wznosili setki toastów, byłoby to na pewno wyróżnienie. Bałem się tego albumu, bo powroty po tylu latach, szczególnie po tak lichym debiucie, są jedną wielką niewiadomą i czasami kończą się tragicznie, bo po prostu okazuje się, że muzykom czas nie wystarczy jeśli najzwyczajniej nie mają talentu. Rob Norden w jakimś stopniu udźwignął ciężar, choć jak na osiemnaście lat pewnie mogło być lepiej. Z drugiej strony mogło też być gorzej, więc nie mam zamiaru przesadnie rozpaczać. Nie będę też często wracał do „Z popiołów i krwi...” bo przeszłość dała nam kilka dużo lepszych albumów z takim graniem, ale jeśli pojawią się informacje o kolejnym wydawnictwie Norden, to z chęcią sprawdzę czy w wielkiej sali nadal jest jeszcze miód do wypicia. 

Norden - „Z popiołów i krwi...”. Werewolf Promotion, grudzień 2018.







3 komentarze:

  1. Brawa dla Rob-a za determinacje, za wytrwałość. Za serducho w dążeniu do tego co niekomercyjne, a szlachetne. Zarówno album z 2000 roku jak i ten nowy ma klimat i to jest mega ważne. Doszukiwanie się mankamentów jest cechą ludzi małych....
    Proponuję autorów recenzji podpisać się pod artykulem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pełna zgoda z pierwszym zdaniem. Co do reszty, polecam czytanie ze zrozumieniem. A jeśli chodzi o doszukiwanie się mankamentów - wiesz na czym polegają recenzje? Najwyraźniej nie, więc szkoda strzępić języka. Aha, to ja jestem autorem. Widzisz imię i nazwisko, czy mam się jeszcze ręcznie podpisać?

      Usuń
    2. Niepotrzebnie się unosisz. Każdy ma prawo do swojej opinii, Ja się z Twoją w formie recenzji nie do końca zgadzam. Ale miło, że znalazłeś czas na napisanie paru słów. Pozdrowienia dla Roba i Recenzenta.

      Usuń