niedziela, 31 marca 2019

Na pohybel matematyce.


Głupio trochę pisać o albumie z 2013 roku bo, primo - pewnie wszyscy już go znacie i secundo - fakt, że ja poznałem go dopiero kilka tygodni temu nie stawia mnie w najlepszym świetle. Ponieważ jednak lubię kiepskie światło (szczególnie lubi je moja paskudna gęba) i mam nadzieję, że choć jeszcze jedna osoba dzięki tej pozornie zbędnej recenzji sprawdzi debiutancki krążek Monstraat, postanowiłem sklecić ten tekst. Trzeba szerzyć zarazę a Szwedzi i ten album zasługują na chwilę uwagi.

I to jest właśnie główny powód dla którego pochyliłem się nad kartką słuchając „Monstraat”. To po prostu fajny album. Dobry, solidny, nie wnoszący kompletnie niczego nowego do gatunku, ale posiadający dzikość, energię, emocje i pierwotny żar black metalu. Nie znam wcześniejszych dokonań zespołu (choć do debiutanckiego albumu był to twór jednoosobowy) ale mam zamiar to nadrobić, szczególnie, że były to same demówki a ja uwielbiam ten format. Co może być lepszego niż demo zawierające obskurny black metal? Tylko sześć dem zawierających obskurny black metal. Wróćmy jednak do 2013 roku i dziesięciu utworów składających się na dwadzieścia pięć minut muzyki zamkniętej pod nazwą „Monstraat”. Matematyka mówi nam, że kawałki długie nie są, na szczęście nie ona jest tu najważniejsza (w ogóle na pohybel tej ohydzie!) tylko zło i nienawiść, opętanie i diabeł. I szaleństwo. Bije od tego albumu pierwotny entuzjazm i żar gorliwego głoszenia bluźnierstwa jak smród tanich win z łódzkich Bałut i z taką też łatwością uderza do głowy. Dobry efekt przyniosło wplecenie w kilku momentach black/thrashowej motoryki, czyniąc choćby trzeci numer hiciorem godnym niejednej piwnicznej balangi. W ujęciu całościowym jest to szalona podróż przez korytarze piekła, podana w sposób prosty, przystępny i szczery. Wręcz naturalny. Czyli taki, jaki najbardziej mi odpowiada, bo black metal to nie powinna być kalkulacja, to powinna być eksplozja uczuć, spontaniczna reakcja na otaczające nas kłamstwo. Odruchowy cios zadany z pasją. I taki jest ten album, pełen pasji i oddania. Dlatego właśnie warto poświęcić mu choć chwilę, jestem jednak pewien, że jak raz posłuchacie to do niego wrócicie, pomimo że nie jest to nic wybitnego, nic czego byście nie słyszeli. Potrafi jednak urzec tą swoją otwartością i prostotą, szczególnie w czasach zalewu sceny przekombinowanymi wymysłami dla hipsterów. Zaraza to często dobra odtrutka. A klasyczny diabeł nigdy się nie nudzi. 

Monstraat - „Monstraat”. Fallen Temple, 2013 rok.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz