wtorek, 6 września 2016

Pij mleko dla Lucyfera, czyli Them Pulp Criminals.


Nie jestem znawcą takiej muzyki. Kiedyś, dawno temu, będąc dzieciakiem lubiłem posłuchać Shakin' Stevensa. Od kilku lat lubię muzykę Johnego Casha i okazjonalnie słucham HeadCat (dzięki osobie Lemmego). I to z grubsza jest moje doświadczenie w świecie country, alternative country, rock’n’rolla i miejskiego folkloru. Nie duże, wiem. Jeszcze mniejsze mam w gatunkach, którymi określa się sam zespół – „dark urban folk, negative side of country, surf noir”. Nie martwię się tym jednak, bo przecież kiedyś dawno temu nie wiedziałem jak smakuje schabowy, a teraz nie mogę bez niego żyć. Czy mógłbym żyć bez Them Pulp Criminals i ich debiutu „Lucifer is love”? Pewnie mógłbym, ale wtedy ominęłaby mnie ciekawa płyta. 

Kiedy od wielu lat słuchasz w 99% tylko metalu, ciężko jest napisać coś sensownego o muzyce, która ma tyle z metalem wspólnego co ja z redemptorystami. Nie oczekujcie więc technicznej analizy, bo jestem kompletnie zielony i są w tym kraju ludzie, którzy na pewno potrafią zrobić to dużo lepiej. Z drugiej strony i tak nie lubię rozbijać muzyki na atomy, bo czuję się jakbym ją odzierał z duszy. Z klimatu i z emocji. A tych na debiucie krakowskiego duetu jest bardzo dużo. I jest to powód, dla którego ta płyta do mnie trafia. 

Mleko to samo zdrowie!

Zagubiona autostrada pośrodku pustyni i mknący nią Mustang, tnący noc reflektorami. Zadymiona sala barowa, jakiś facet na scenie z gitarą i dziwki smętnie wodzące wzrokiem po sali szukając klientów. Ciemne uliczne zaułki, szemrane interesy i błyskające ostrza noży. Stary dom, pusty i mroczny, skrzeczący gramofon i w połowie pusta butelka czerwonego wina koloru krwi kapiącej na dywan z podciętych żył. Szaleniec miotający się w zamkniętej celi, próbujący uwolnić się z krępującego go opętania i kaftana. Pragnienie wolności. Pragnienie zemsty. Miłość, nienawiść i złość. Wiatr we włosach i smutek istnienia. Odraza i zachwyt. 

To wszystko tu jest. A nawet więcej, bo każdy zobaczy coś, czego inny nie dojrzał. Interpretacji jest wiele. Muzycznie jest raz szybciej, raz wolniej, czasami smutno, czasami wesoło. Nie nudzi. Buja i prze do przodu. Bardzo pozytywnie zaskakuje wokal Tymka, którego znamy choćby z piekielnych ryków na płycie Ragehammer (o niej tutaj). Śpiewa z wprawą i manierą starego wyjadacza, faceta, który z butelką burbona i papierosem w ustach mógłby ci opowiedzieć niejedną mroczną historię, o ile cena będzie dobra. 

Ja dałem się kupić. I słucham tych opowieści od kilku dni, bo mają one czar i urok. Niepokojący, tajemniczy ale przyciągający. Chcesz mu kupić jeszcze jedną kolejkę, byleby tylko dalej opowiadał. 

Materiał wydany w bardzo ładnym digipacku. Brawa za okładkę. 


Ocena: 8/10 albo 7/10, 9/10 a może nawet 10/10 (pojęcia nie mam - jestem laikiem)


Wydanie Malignant Voices, 2016 rok, numer katalogowy MV18.





1 komentarz:

  1. Wielkie podziękowania dla tego wspaniałego człowieka o imieniu Dr. Agbazara, wielki rzucający, który przywraca radość z pomocy w przywróceniu mojego kochanka, który oderwał się ode mnie cztery miesiące temu, ale teraz, z pomocą dr. Agbazara, wielka miłość, rzuca zaklęcia. Dzięki mu. Możesz również poprosić go o pomoc, gdy będziesz go potrzebować w trudnych czasach: ( agbazara@gmail.com ) lub WhatsApp ( +2348104102662 )

    OdpowiedzUsuń