wtorek, 29 czerwca 2021

Eksplozja szaleństwa.

 

Toruński Occultum zawsze był dla mnie gdzieś z boku sceny. Nie do końca potrafię wytłumaczyć dlaczego, takie po prostu odnoszę wrażenie. Oczywiście zauważałem ich wydawnictwa, bo były to dobre materiały (o „In Nomine Rex Inferni” przeczytacie tu), trochę im jednak brakowało do ścisłej czołówki naszego podziemia. Sprawa zmieniła się wraz ze splitem „Under the White Flame” (tu), gdzie znalazły się dwie kompozycje zespołu. Jedna doskonała, druga wybitna. Od tamtej chwili, z niecierpliwością wypatrywałem kolejnego pełniaka torunian. Doczekałem się. I to jest, moi drodzy parafianie, cios totalny.

niedziela, 27 czerwca 2021

Nic nowego a cieszy.

 

Co można napisać odkrywczego, po premierze każdego nowego krążka Clandestine Blaze? Nic. Projekt istnieje już tyle lat, że chyba nawet ostatnie amazońskie plemiona, wiedzą doskonale jaką muzykę tworzy Mikko. Można by skupić się na okładce, ale da to może kilkuzdaniowy akapit, którego i tak nikt nie będzie chciał czytać. Po co więc ta recenzja? Zdecydowałem się ją napisać chyba tylko dlatego, że „Secrets of Laceration” zwyczajnie mi się podoba a słyszałem kilka nieprzychylnych opinii. No i okładka też jest fajna.

niedziela, 20 czerwca 2021

Tożsamość potwierdzona.

 

Dwa lata temu, także w czerwcu, miałem przyjemność pisać o pierwszym dużym krążku Rivers Like Veins (tutaj). Dziś także jest czerwiec, za oknem skwar i wielkimi krokami zbliża się premiera (jutro!), drugiego albumu krakowskiego projektu. Wtedy, w 2019 roku, stwierdziłem, że: „zespół pozbył się chaosu, stworzył dzieło jednorodne, spójne, dające wrażenie pełnoprawnego wydawnictwa i reprezentanta swego czasu w historii projektu. Odpowiedział sobie też na pytanie dotyczące kierunku gatunkowego co zaowocowało znaczącym przesunięciem środka ciężkości w stronę black metalu. O tym albumie nie da się powiedzieć, że jest mieszanką gatunków. To jest płyta stricte black metalowa z niewielkim dodatkiem elektroniki”. Mógłbym powtórzyć te słowa w kontekście drugiego pełniaka, ale on jest po prostu kontynuacją a nie przełomem, tak jak jego poprzednik. Kontynuacją bardzo udaną.

czwartek, 17 czerwca 2021

Do labiryntu wejście drugie.

 

Dziś wejdziemy do labiryntu po raz drugi. Wejście pierwsze, które miało miejsce w 2017 roku, było wyprawą do piekła Dantego, a zarazem dość ciekawą wycieczką muzyczną, zwiastującą narodziny interesującego projektu. Zresztą, tu możecie przeczytać, co pisałem o debiucie Labyrinth Entrance. Cztery lata później Hunger oddaje w nasze ręce następcę „Monumental Bitterness” i pierwsze, co rzuca się w uszy, to to, że faktycznie minęły cztery lata (swoją drogą, to niesamowite jak ten czas leci). „Deplore the Vanity” to krążek dużo bardziej złożony, dużo bardziej rozbudowany, dużo ciekawszy i co tu dużo mówić – po prostu dużo, dużo lepszy. W zasadzie mam wrażenie, jakbym słuchał kompletnie nowego projektu Adama, bo szczerze mówiąc, jedyne co łączy ze sobą te dwa wydawnictwa, to osoba twórcy.

wtorek, 15 czerwca 2021

Wichrowe czary.

 

W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, miałem zespół Wicher. Niczego oficjalnego nie wydaliśmy, mamy na koncie zaledwie jednego reha, ale nie to jest istotą rzeczy. Istotą jest bowiem sama nazwa. Nie sądziłem, że przyjdzie czekać tak długo, aż ktoś wreszcie wykorzysta ten piękny wyraz, jako nazwę swego zespołu. Czas oczekiwania minął wraz z pojawieniem się „Czarów i Czartów”, sygnowanych tymże właśnie słowem. Nie jest to co prawda black metal, ale kto wie, może taka nazwa do folku pasuje nawet lepiej?

niedziela, 13 czerwca 2021

Odraza dla zarazy.

 

Jak powszechnie wiadomo, nie jestem wielkim fanem Odrazy, by ująć to delikatnie. Kompletnie nie rozumiem całego tego szumu wobec kolejnych wydawnictw zespołu, ale, co sam przyznaję, nie muszę wszystkiego rozumieć. Dlatego, gdy Greg podesłał mi cyfrową wersję nowego wydawnictwa, nie podskoczyłem z radości, nie odtańczyłem triumfalnego tańca, jakiego można by się spodziewać po większości polskich fanów black metalu, na wieść o nowej Odrazie. Jednak, zaintrygowany okładką, postanowiłem choć raz przesłuchać, by wiedzieć, co znowu będę mógł krytykować. Kilka godzin później byłem po dziesiątym odsłuchu i nie miałem najmniejszej ochoty na krytykę.

niedziela, 23 maja 2021

Dokądś.

 

Trochę sam się z siebie śmieję, bo 21 listopada 2018 roku, przy okazji recenzji debiutu toruńskiego Angrrsth, pisałem tak: „Znikąd? Nie, z Torunia. Donikąd? Oby nie, bo debiut wróży dobrze i bardzo chciałbym się przekonać co panowie zaprezentują na swoim kolejnym materiale. I koniecznie muszę ich kiedyś zobaczyć na scenie...”. Dziś piszę o „Donikąd” właśnie, więc sam sobie wykrakałem, ale tylko tytuł, bo nie jest to krążek wiodący w pustkę. Od tamtego czasu zdążyłem poznać panów osobiście (pozdrowienia!), zobaczyć na żywo i po prostu polubić jako ludzi. Tym bardziej niecierpliwie czekałem na pełnowymiarowy debiut, który nie tylko spełnił moje oczekiwania, on je przerósł.


niedziela, 9 maja 2021

Z wizytą w Innlandet.

 

Kiedy jakiś czas temu przyszła paczka z nowościami z Werewolf Promotion, to odsłuchy zacząłem od tego albumu. Tak się jednak jakoś złożyło, że z tego ostatniego rzutu od Szymona, Likvann doczekał się recenzji jako ostatni. Nie mam pojęcia dlaczego, bo primo – bardzo się ucieszyłem, że wyszedł drugi pełniak (pierwszy to rok 2014), secundo – bo „Bumerke” to bardzo dobry krążek, niebanalny, nieszablonowy, choć do bólu klasyczny i kompletnie nie odkrywczy. I właśnie dlatego tak mi się podoba, bo ja lubię piosenki, które już kiedyś słyszałem, jak inżynier Mamoń. A poważnie – jego największą siłą jest prostota, doprawiona regionalnymi przyprawami budującymi klimat. O co chodzi? Poniżej znajdziecie odpowiedź.

czwartek, 6 maja 2021

W słowackiej krainie mgły.

 

Nie często piszę o słowackim black metalu, bo scena to mała, choć przyznaję, znajdziemy tam ciekawe nazwy. Do tej pory popełniłem trzy teksty dotyczące tamtejszych zespołów black metalowych (Malokarpatan to inna bajka), jednak nawet pomimo tak małej ilości, tekst dzisiejszy, czwarty, będzie o albumie zespołu, o którym już pisałem. Co prawda przy okazji splitu („Ešte jedle rastú...” - o nim tutaj), który gościł jeszcze dwa inne słowackie zespoły, ale to Krajiny Hmly są najbardziej aktywne i najbliżej mi do nich, bo wydają materiały w Werewolf Promotion. Inna sprawa, że swoją drogą najbardziej do mnie trafiają, bo to naprawdę solidny zespół.


wtorek, 4 maja 2021

Zabrze górą.

 

Dziś wracamy do roku 2020 a konkretnie do października. Wtedy też, trzydziestego dnia tego miesiąca, ukazał się split brazylijskiego Whipstriker z naszym Hate Them All. Piszę o nim dopiero teraz, gdyż niedawno dotarła do mnie z Old Temple płyta. Myślę jednak, iż to żaden problem, gdyż wiadomo doskonale czego się spodziewać po obu zespołach i żadnego przełomu gatunkowego nie przeoczyłem. I tak jest w istocie - „Strike of Hate” słucha się przyjemnie, ale gdyby nie powstał, pewnie nikomu krzywda by się nie stała.