niedziela, 8 maja 2022

[ARCHIWUM90] #28: Sacrilegium - "Wicher".

 

Sacrilegium to dla mnie jeden z najważniejszych polskich zespołów black metalowych. Wszystko, co wydali w latach dziewięćdziesiątych, czczę jak świętość, ze szczególnym naciskiem na pełnowymiarowy debiut. „Wicher” jest dla mnie najlepszym polskim albumem black metalowym, z wielu też względów najważniejszym, czuję z nim osobistą więź. Nie ma nawet sekundy tego materiału, której bym nie znał, dźwięku, którego bym nie słyszał tysiące razy, czy wersu, którego nie byłbym w stanie wyrecytować obudzony o drugiej nad ranem. To dla mnie swoista święta księga, ścieżka dźwiękowa mojego młodzieńczego i dorosłego życia, składnik potrzebny do egzystencji jak tlen i woda.

Nie będzie to więc kolejny standardowy tekst, tylko raczej emocjonalny pean na cześć tego wybitnego dzieła. Musicie mi to wybaczyć, inaczej nie umiem, i nigdy mi się nie uda. Nie jestem w stanie pisać o tym krążku bez emocji, bo tych ostatnich dostarczył mi tony, i – co najlepsze – nadal dostarcza. To jeden z tych albumów, które nigdy mi się nie znudzą. Był to też pierwszy materiał Sacrilegium, jaki poznałem. Dwa lata wcześniej wydali demo „Sleeptime”, które w żadnym stopniu nie zapowiadało albumu w takiej formie, w jakiej się ukazał. Bardzo dobre demo, osadzone jednak w klasycznym black metalu, pełnym ciemności i diabła. „Wicher” mógł więc – tych, którzy je znali - zaskoczyć – i pewnie tak właśnie było. Jest to zresztą, obok „Recidivus” i „Jesiennych Szeptów” (o nich tutaj), jedyny tak wyraźnie pogański materiał zespołu z Wejherowa. Czyni go to jeszcze bardziej specjalnym, przede wszystkim jednak, wzbudza ten fakt we mnie żal. Żal, że Sacrilegium od tej drogi odeszło, bo „Wicher” pokazuje, jak dobrze czuli się muzycy w takowym klimacie. Potwierdza to każda minuta, każde słowo wspaniałych tekstów. Z nimi też na początku był pewien problem, bo w pierwszym wydaniu – czy to kasetowym, czy CD – ich nie było. Trzeba było uważnie słuchać, i wyłapywać. Metoda ta obarczona była oczywiście sporym marginesem błędu, ale dawała dużo satysfakcji. Ważne, że z najbardziej magicznym fragmentem liryk, początkiem „Wicher falami ognia”, było najłatwiej, gdyż deklamowany jest on czystym głosem. Wersy te są autorstwa Franciszka Fenikowskiego, polskiego poety i pisarza, który – choć urodzony w Poznaniu – większość życia spędził na Pomorzu. Słowa te, jak i sam utwór, są już ikoniczne, dla mnie to coś na kształt hymnu, utwór gigant, pomnik, osobista mantra. Bo przecież to nie tylko fragment z Fenikowskiego, ale i to, co Nantur do niego dopisał. Bo to także wspaniały utwór muzycznie, bojowy, podniosły, agresywny, ale i pełen nostalgii, tęsknoty i zadumy. Punkt kulminacyjny albumu, który zmierza do niego od samego początku. Jego ukoronowanie, zwieńczenie, podsumowanie i doskonałe zamknięcie, bo choć nie jest to ostatnia kompozycja, to instrumentalny „Szept nocy” służy już tylko wyciszeniu emocji, po tym ich wulkanie z wcześniejszych dwunastu minut. Burzę, która z całą mocą objawia się w „Wicher falami ognia” zwiastuje już wcześniejsza „Zagubiona ciemność” (swoją drogą najlepsza suszarka do włosów z tamtych lat), ale i wstęp do „W dolinie rwących potoków” czy motyw klawiszowy w „W rogatym majestacie snu”. Zmierzam do tego, że każdy fragment pierwszego albumu Sacrilegium zapowiada coś, co musi się wydarzyć, coś, co nieuchronnie nadchodzi, ale zarazem, każdy jego fragment, każda kompozycja, jest sama w sobie dziełem doskonałym, i w swym wydźwięku zamkniętym, dopełnionym. W konsekwencji czyni to cały album dziełem skończonym, doskonale zbalansowanym, „skonstruowanym”. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że sprawia wrażenie przemyślanego, ale „Wicher” to przede wszystkim emocje, to naturalność i spontaniczność – tak w każdym razie go odbieram – trudno mi więc odnosić go do planowania i rozumu. Tu panuje serce, uczucia, pierwotne i naturalne podejście, tak do muzyki, jak i do tekstów, choć te są zaskakująco poetyckie i urzekające. Momentami niebywale dojrzałe, a musimy pamiętać, że był to 1996 rok i panowie byli młodzi. Sama produkcja także jest dzieckiem swoich czasów, ale myślę, że gdyby wrzucić ten ładunek ideologiczno emocjonalny w czystsze opakowanie, sporo by stracił. Tu podziemny klimat niosą nawet klawisze, które zresztą są tak doskonale wkomponowane w całość, że do dziś wielu mogłoby się uczyć. Nie ma tu zresztą słabego elementu, bo każdy czynnik składowy jest wspaniały, powinienem więc wspomnieć też o świetnej perkusji Thoarinusa, klimatycznych, a zarazem surowych gitarach, czy klasycznie wyśmienitych partiach wokalnych. Ale nie o to chodzi. „Wicher” oczywiście jest tym wszystkim silny, ale jego potęga to klimat, to atmosfera, to dzikość zmieszana z nostalgią, to agresja i podniosłość, to zaduma pośród leśnych ostępów, to zachwyt morskim pejzażem, to wreszcie nieokiełznana niczym naturalność. I tak naprawdę żadne słowa, choćby nie wiem jak wymyślne, złożone i wzniosłe, nie oddadzą nawet jednego momentu tego wydawnictwa, nawet jednej jego minuty. Bo to jest prawdziwa magia. Magia. To mógłby być koniec wszystkich pieśni, i nie powiedziałbym złego słowa, bo nic mi po tym albumie tak naprawdę do egzystencji potrzebne nie jest. W końcu to tlen i woda.

Trzeba też wspomnieć o wspaniałej oprawie graficznej pierwszego wydania, na czele z okładką, czy herbem z orłem i dębem. To także bardzo ważne czynniki budujące to dzieło. Wznowienie już tej magii graficznej nie posiadało, ale ma teksty, warto więc je mieć. Bezapelacyjnie, zdecydowanie, i ostatecznie – jest to najlepszy polski album black metalowy, i nikt go już niczym nie przebije. 


Sacrilegium – „Wicher”. Pagan Records, 1996.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz