piątek, 22 kwietnia 2022

Ziemskie zaświaty.

 

Przyszła do mnie płyta ze Szczecina. Gdy sytuacja taka miała miejsce kilka miesięcy temu – a był to krążek tamtejszego Veles Court – pisałem, że szczecińskie podziemie nie jest już tak bogate, jak to drzewiej bywało. Najwyraźniej szczecinianie postanowili wyprowadzić mnie z błędu, czego efektem jest dzisiejsza recenzja. Mam oto w dłoniach pięknie wydaną płytę Hekatomb – „Shade of Life. Light of Death”. Jest to ich druga epka, następczyni wypuszczonej w 2020 roku „Crone Time Comes. This Life Comes to an End”. Premiera „Shade of Life…” miała miejsce w maju 2021 roku, jestem więc trochę spóźniony, ale tak naprawdę nigdy nie jest za późno, by napisać kilka słów o dobrym materiale.

Szczególnie, że Hekatomb robi wszystko sam, co oznacza, iż zespół wydaje swoją muzykę własnym nakładem sił i środków. Dzięki temu jest niezależny, co oczywiście należy zapisać na plus, jednak może być to też pewnym minusem jeśli idzie o promocję i dystrybucję wydawnictw, dlatego każde dobre słowo się przyda. A w tym przypadku będzie więcej niż jedno. Zacząć muszę od samego wydania, bo robi wrażenie. Oprawa graficzna, kolory, wszystko jest na najwyższym poziomie i w kategorii „wrażenia wizualne” drugi materiał Hekatomb dostaje spokojnie 9/10. Brawo. Wiem, że nie dla wszystkich ma to wielkie znaczenie, ale akurat dla mnie ma. Książeczka wypełniona jest tekstem, bo choć „Shade of Life. Light of Death” to tylko dwie kompozycje, to opowiadają historię, którą znaleźć możemy w zamieszczonym wewnątrz wkładki opowiadaniu. Znajdziemy też teksty samych numerów, które graficznie także robią wrażenie. Po raz kolejny brawo. Historia, o której wspomniałem, jest tu sercem wszystkiego, bo druga epka Hekatomb jest materiałem koncepcyjnym. Warto przeczytać całe opowiadanie (wiem, że niektórzy mają z tym kłopot, ale naprawdę polecam, bo ktoś wsadził w to sporo pracy i czyta się bardzo dobrze), ja tylko streszczę nić przewodnią: bohater, uznany za szaleńca, popełnia samobójstwo i trafia w zaświaty. Pierwsza kompozycja to ziemska część jego wędrówki, druga traktuje już o tym, co dzieje się po śmierci. Pierwsza kompozycja zaczyna się tak, jak kończy się druga, tworzą więc odwieczny cykl życia i śmierci. I trochę to wszystko można odnaleźć w dźwiękach, choć w moim odczuciu pierwsza kompozycja mogłaby być – zważywszy na bohatera historii – trochę bardziej szalona. Na szczęście nie jest też całkiem spokojna, choć Hekatomb daleki jest od piekielnych blastów, podziemnego brudu i szaleńczej agresji. Dominują tempa średnie, brzmienie dalekie jest od północnego i przywodzi na myśl „szkołę krakowską”, a konkretnie Medico Peste, choć nie traktujcie tego jako jedynego wyznacznika, bo wpływów tu więcej. Medico podałem jednak nie bez przypadku, bo stylem, budową kompozycji, Hekatomb mi się po prostu z nimi kojarzy. Generalnie jest to black metal oparty na nowszych wzorcach, choć nie uciekający od klasycznych fundamentów. Jest raczej duszno i gęsto, dość gorąco. I w pierwszej kompozycji bywa naprawdę agresywnie, ale dla mnie to agresja podporządkowana przesłaniu i treści, nie na odwrót. Tak czy siak, pierwszy numer to rasowy black metal, z kilkoma ciekawymi aranżacjami, zmianami tempa, no i przede wszystkim bardzo udanymi partiami wokalnymi. Jak już wspomniałem, życzyłbym sobie tu trochę więcej dzikości i szaleństwa, ale i tak kontrast w stosunku do kompozycji następnej, jest spory. Ta bowiem jest dużo spokojniejsza. Nasz bohater jest już po tamtej stronie, co bardzo udanie zostało zilustrowane muzycznie. Zmienia się nastrój, jest dużo bardziej metafizycznie, klimatycznie i ku zadumie. Zmianie ulegają też wokale, które przechodzą do roli spokojnego przewodnika, narratora, czy też po prostu komentatora. Tempo jest niespieszne, bo też nikomu się już nigdzie nie spieszy (zmienia się to w końcówce). Jest lekko hipnotycznie, jednostajnie i jednorodnie, co jednak nie wpływa na odbiór negatywnie, o nudzie nie ma mowy. I te słowa należy też odnieść do całego materiału, bo choć to tylko dwie kompozycje, to każda trwa siedemnaście minut. Epka ta mogłaby więc spokojnie być pełniakiem. Trzydzieści cztery minuty są na tyle ciekawe, by przykuć uwagę, dać się wciągnąć w tę historię i zagłębić nie tylko w dźwięki. Bo tak po prawdzie, jest to jedyna droga do pełnego odbioru „Shade of Light…”. Tutaj wszystko pracuje na efekt końcowy, wszystko jest czynnikiem tak samo ważnym jak pozostałe, nie można więc żadnego pominąć. I choć bez wątpienia słyszałem wiele bardziej porywających materiałów, to ten jest jednym z ciekawszych, jeśli weźmiemy pod uwagę cały koncept. Bardzo dobra robota, mam nadzieję, że sporo z Was już Hekatomb zna, a jeśli nie – najwyższy czas to nadrobić. Polecam. Szczecin podziemny żyje, wybaczcie moje wątpliwości. 


Hekatomb – „Shade of Life. Light of Death”. Wydanie własne, maj 2021.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz