czwartek, 28 kwietnia 2022

Sztandary buntu.

 

Wydana w 2020 roku epka „Last Manifestation of Life” (o niej tutaj) była na tyle dobra, że z lekką niecierpliwością czekałem na pełnowymiarowy debiut Temple of Decay. Tych, którzy ją słyszeli, nie muszę raczej w żaden sposób zachęcać do posłuchania „Rigor Mortis”, niestety – mam wrażenie, że chyba przeszła niewystarczająco zauważona. Siedzę w tym graniu od wielu, wielu lat, a nadal pewne mechanizmy mnie zaskakują. Ludzie potrafią zachwycać się totalnie przeciętnymi zachodnimi nazwami – naszymi zresztą też, bo geograficzne pochodzenie nie ma tu decydującego znaczenia – a wartościowe rzeczy pomijają, bo… No właśnie – bo? I nie, nie jest to kwestia li tylko i wyłącznie promocji, bo informacje o „Last Manifestation of Life” można było bez większego problemu trafić w sieci. No nic, mam nadzieję, że rozpoznawalność tego projektu zmieni się wraz z pierwszym pełniakiem znacząco, bo jak najbardziej na to zasługuje.

Poruszałem zresztą ten temat w recenzji poprzedniego materiału, bo sam w pierwszej chwili go przegapiłem. Ale nadrobiłem, więc się nie liczy, i proszę mi tu nie wyskakiwać z „kto bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem”. W tej kwestii mogę rzucić nawet kilkoma, a słuchając „Rigor Mortis” mam na to ogromną ochotę, bo tak jak pierwszy materiał, jest to rzecz bardzo bojowa. Mortt, który stoi za Temple of Decay, kontynuuje drogę obraną na pierwszym materiale, ale bezczelnie ją udoskonala, co nie wydawało mi się możliwe. A jednak. Jest więc jeszcze bardziej bojowo, jeszcze bardziej porywająco i jeszcze bardziej podniośle – a momentami – jeszcze bardziej miażdżąco. Nadal nie jestem w stanie nazwać muzyki Temple of Decay używając znanych wszystkim szufladek, ale nadal mnie to cieszy. Bo znaczy ni mniej, ni więcej, że to nadal jest rzecz bardzo nieoczywista, bardzo ciekawa i bardzo oryginalna. Dla tych jednak co nie słyszeli ani minuty, powiem tak – w ogromnym skrócie i uproszczeniu – jest to bardzo bojowy black/death metal, choć z tak zwanym war metalem nic wspólnego nie ma. I dobrze. Ma natomiast wiele wspólnego z płomiennym przemówieniem, ognistym manifestem, który zstąpił z plakatu i poszedł między ludzi, wlewając w ich serca ogień walki, buntu i rewolucji. I to wlewając skutecznie, bo ja już sięgam po kamień brukowy i sztandar, zapałki mam w kieszeni i nie zawaham się ich użyć! „Rigor Mortis” to naprawdę rzecz godna masowego ruchu zmieniającego rzeczywistość. No i oczywiście rzecz porywająca, bo coś nudnego i ślamazarnego, pozbawionego charyzmy, nigdy nie porwałoby nawet papierka z ulicy. A tu jest prawdziwy ogień. Od początku do końca. Tempa są szybkie, ale nie najszybsze, perfekcyjne do szarży. Brzmienie jest mocne, gęste, ale nie pozbawione ostrości i wyrazu. Gitary serwują potężne riffy, które są jak wezwanie. A nad wszystkim unoszą się majestatyczne wokale, którym bliżej do słów padających z megafonu trzymanego przez lidera rewolucji, niż klasycznego black, czy death metalowego gardłowania. Wszystko razem, zebrane do kupy, daje potężny cios, wymierzony prosto w twarz wszelkich świętości. I najlepsze jest to, że nie robi tego w oklepany, maksymalnie mroczny i podziemny sposób. Nie, to jest jak arystokracja buntu, jak szlachta płomiennego zrywu. Zapomnijcie o lochach, cmentarzach i skrytych w lesie mitycznych stworzeniach. Walka Temple of Decay toczy się na wysokościach, tu już zbuntowane anioły strącają na ziemię swych niebiańskich adwersarzy, w akompaniamencie trąb sądu ostatecznego. Sądu nad bogiem, jakkolwiek go nie nazwiecie.

Maleńkim, tycim minusikiem tego albumu jest zamykający go cover. Sam w sobie jest dobry, słucha się go fajnie, bo to Venom, wiadomo, co będę tłumaczył. Ale nie pasuje mi tu po prostu. To naprawdę jest jednak minusik tak maleńki, że kompletnie nie ma sensu dłużej się tą sprawą zajmować. Polecam ten krążek bardzo, bardzo, bardzo gorąco. I poprzedni też. 


Temple of Decay – „Rigor Mortis”. Godz Ov War Productions / Black Death Production, kwiecień 2022.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz