środa, 6 kwietnia 2022

Płonące miecze, płonące serca.

 

Véhémence to jeden z tych zespołów, który do mego serca wdarł się przebojem. Był to przebój mocą porównywalny z szarżą ciężkozbrojnej jazdy. Nie miałem więc wielkich szans na obronę, a zaznaczyć muszę, iż nie posiadałem i nie posiadam angielskiego długiego łuku, tak więc powtórka spod Crécy czy Azincourt nie była możliwa. I bardzo dobrze, nie mogę narzekać. Pokonany, ale szczęśliwy, totalnie podbity, ale z uśmiechem, słucham ich drugiego albumu – odpowiedzialnego za tę szarżę – od trzech lat, i za każdym razem jest to piękna przygoda. „Par le sang versé” (o nim tutaj) okrzyknąłem najlepszym albumem 2019 roku, i do tej pory jestem w stanie stanąć na ubitej ziemi z każdym, kto wyrazi inną opinię. Nic jednak nie stoi w miejscu, tym bardziej galopujący Véhémence, przyszedł więc czas na trzeci album Francuzów. „Ordalies” ukazał się na początku marca, i wiem już bez żadnych wątpliwości, że tutaj też nie mam szans na powtórzenie wyczynu angielskich łuczników.

O tym, że nie mam szans, wiedziałem już po odsłuchu pierwszego singla. Zapowiadał on kontynuację stylu znanego z drugiego pełniaka, nie mogło więc być mowy o jakimś większym zaskoczeniu, a tym bardziej o zawodzie. I zaskoczenia faktycznie nie ma, a jeśli jakiekolwiek jest, to tylko pozytywne, bo Francuzi umościli sobie bardzo wygodne gniazdo w swoim muzycznym świecie, i doskonale się w nim czują rozwijając styl, który z taką mocą eksplodował na „Par le sang versé”. Powiedzmy sobie szczerze: nie oczekiwałem od nich nagrania materiału lepszego, bardziej porywającego i ciekawszego od drugiego albumu, bo są takie wydawnictwa, których przebić się po prostu nie da. Często bywa to problemem i zespół staje się ich zakładnikiem, próbując dorównać w późniejszym okresie poziomem. Jednym się to udaje, innym nie, jeśli idzie o Véhémence, to w mojej opinii się udało, choć nie w całości i nie we wszystkich aspektach. Punktem wyjścia i czymś, co przyjmuję za pewnik, jest fakt, iż trzeci album jest co najmniej tak dobry jak jego poprzednik. W żadnym wypadku nie jest słabszy, a jeśli nie zaskakuje tak bardzo jak „Par le sang versé”, to tylko dlatego, że tamten był czymś nowym, czymś, czego wcześniej nikt na taką skalę nie zrobił. To była potężna eksplozja średniowiecznego, rycerskiego black metalu, doprawionego elementami heavy i folku. I tutaj ta eksplozja też jest, tyle, że jej efekty nie są tak potężne, bo już temat jest słuchaczom znany. Francuzi poradzili sobie jednak z presją i oczekiwaniami doskonale, mam wrażenie, że nawet oni byli lekko zaskoczeni tak pozytywnym odzewem, ale sprawa ich nie przerosła. Przede wszystkim, w mojej opinii nie starali się przeskoczyć dwójki, i to słychać. Oni po prostu postanowili ją rozwinąć, wzbogacić, uczynić jeszcze ciekawszą. Pokazać, że drugi album nie był jednorazowym wybuchem talentu i geniuszu. I to też się udało. Bo po pierwsze, „Ordalies” to krew z krwi „Par le sang versé”, naturalna kontynuacja i ciągłość tej samej drogi. Ale zarazem jest to syn, który uczęszcza do lepszej szkoły, niż ojciec. Bo tu ten średniowieczny black metal jest po prostu dojrzalszy, bogatszy, ciekawszy, pełniejszy i mądrzejszy. I tak naprawdę to, co zespół rozwinął, to właśnie bogactwo aranżacyjne, które długiemu przecież krążkowi (godzina!), zapewnia nieprzerwaną uwagę słuchacza. Na „Par le sang versé” trafiały się momenty ciekawe mniej, bo był to album nie tak równy. Tutaj już takich chwil nie znajduję. Każda kompozycja ma jakiś wyrazisty element, motyw przewodni, melodię czy riff. Ale to nie wszystko, bo tu wyłowić można dziesiątki cudownych chwil, jak choćby perkusyjne szaleństwo w końcówce czwartej kompozycji, wspaniale dopełniające czyste wokale i piękną melodię. A riff i melodia towarzyszące galopadzie otwierającej piąty numer? Mamo! Ale tutaj to jest norma, zachwyt za zachwytem, wymieniać można bez końca, bo co odsłuch, to trafiam na wcześniej nieodkryte perły. Brzmienie jest wprost doskonałe, w zasadzie takie, jakie znamy z dwójki, ale tu niewiele trzeba było zmieniać. Bardzo dobrze podkreśla podniosłość tego krążka, jego epickość, nadaje mu tego średniowiecznego smaku i klimatu. Każdy instrument wnosi tu bardzo dużo, żaden nie jest tylko „bo być musi”. W kwestii wokali także dokonał się postęp, bo te chóry – generalnie czyste śpiewy – brzmią potężniej, dużo lepiej i robią piorunujące wrażenie, gdy pod nimi niejako, swoje przedstawienie dają urzekające, czarujące gitary. I taki jest cały ten krążek, po prostu magiczny. Francuzi dokonali czegoś, czego nawet nie śmiałbym przewidywać. Udało im się stworzyć doskonalszą wersję czegoś doskonałego. Nie mogę się oderwać, po prostu codziennie muszę choć raz odpalić „Ordalies”, bo inaczej czegoś mi brakuje, i mam wrażenie dnia zmarnowanego. Nie wiem jak długo potrwa ten stan rzeczy, wiem natomiast, że mając na wyciągnięcie ręki „Ordalies” i „Par le sang versé”, mogę spokojnie czekać na następny album Véhémence, nawet i kolejne trzy lata. Mam świadomość, że ta recenzja, choć długa – tak naprawdę jest tylko wstępem do albumu, jedynie lekko wspomina jego geniusz, ale gdybym chciał zamieścić w niej wszystkie moje przemyślenia i uczucia, wiążące się z „Ordalies”, czytalibyście do jutra. Tak więc kończę, bo tego po prostu trzeba posłuchać. Bardzo mocny kandydat do albumu roku. I żaden łuk nic na to nie poradzi. 


Véhémence – „Ordalies”. Antiq Records, marzec 2022.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz