poniedziałek, 4 kwietnia 2022

Paragwajski głos nieuchronnego losu.

 

Kariera recenzenta to nie zawsze rurki z kremem, uwielbienie tłumów, bogactwo i lans na Instagramie. Przychodzą czasem momenty trudniejsze, gdy wkrada się zwątpienie, poczucie beznadziei i bezsilności. I gdy człowiek już chce sięgać po żyletkę, ewentualnie sznur, uświadamia sobie, że przecież recenzje dzisiaj są nikomu do niczego niepotrzebne, więc to co napisze, nie ma większego znaczenia. A to prowadzi do optymistycznej konstatacji, iż jakoś przebrnie przez recenzję nowego krążka Lucifer’s Children, jakoś da radę, i jeszcze zobaczy kolejny świt. Żaden paragwajski zespół doom metalowy nie zmusi go opuszczenia tego najwspanialszego ze światów.

Poza tym, sam się w to wkopał, bo przecież wydawca uprzejmie zapytał, czy będzie chciał o tym napisać. A że kilka odsłuchanych kawałków wpadło do ucha, to się ochoczo zgodził, nie biorąc pod uwagę faktu, iż o takiej muzyce wie tyle, co nic. No i klops, bo płyta rzeczywiście fajna, ale jak się odnaleźć w tym świecie muzycznym, by ktoś faktycznie dał się przekonać, że „Signs of Saturn” jest krążkiem wartym uwagi? Zastanawiałem się nad tym trochę, bo naprawdę doom metal, w dodatku z kobiecymi wokalami, jest dla mnie trochę jak obca cywilizacja. Nie słucham takiej muzyki na co dzień, nie znam zespołów, do których mógłbym odnieść twórczość Lucifer’s Children. O, jest jeden wyjątek – niemiecki Lucifer, lubię ich, i lubię panią wokalistkę. Dobrze śpiewa i dobrze wygląda. Tyle, że oni grają jednak trochę lżej, trochę bardziej rockowo, trochę bardziej skocznie. Ale jednak pewne skojarzenia są. I to chyba byłoby na tyle. Potem jednak pomyślałem, że może to i lepiej, bo nie będę was kierował ku znanym nazwom, tym samym niczego nie sugerując. Mocnym argumentem przemawiającym za drugim albumem paragwajskiego zespołu jest fakt, iż jestem zatwardziałym black metalowcem, a on mi się naprawdę podoba. Duży wpływ ma na to wokalistka. Tym razem jednak nie chodzi o jej wygląd, a o głos. Jest mocny, z charakterem, lekką chrypką, i bardzo dobrym akcentem. Bałem się jak ten angielski wypadnie, ale nie było o co się martwić, bo pani Lidi Ramirez daje radę doskonale. Nie spodziewałbym się, że w Paragwaju można tak śpiewać. I to jest ogromny atut tego albumu. Ale nie jedyny, bo zespół po prostu fajnie gra. Jest to klasyczny doom metal, momentami wręcz do bólu, podręcznik przerobiony od deski do deski. Ale pojawiają się też wpływy heavy metalowe, hard rockowe, czy po prostu rockowe, wnoszące więcej życia i energii. I wtedy nóżka sama chodzi, a zadek się odpowiednio buja. Trudno jednak ten album zaliczyć do produkcji tanecznych (w końcu to doom metal!), ale nie można też powiedzieć, że dominuje tu smutek i przygnębienie. Klimat i atmosfera są gdzieś po środku. Znajdziemy tu trochę naprawdę dobrych riffów, kilka ciekawych solówek, generalnie jednak arsenał użytych środków jest klasyczny dla gatunku, przez co dość skromny. To jednak wystarcza, by ten trwający prawie czterdzieści pięć minut materiał, nie nudził. A jeśli nie nudzi mnie, to nie powinien też znudzić prawdziwych fanów gatunku. Brzmienie jest mocne, wyraziste, mam wrażenie, że też wręcz podręcznikowe. Selektywne, a zarazem na tyle gęste, by zachowana została odpowiednia dawka ciężaru. Jak na moje ucho, wszystko się tu po prostu zgadza i jest na swoim miejscu. Warto więc dać Lucifer’s Children szansę, co wiem po swoim przykładzie. A sam album dostępny jest bez żadnych problematycznych wysyłek z Ameryki Południowej, bo wydany został przez naszą Fallen Temple (i to wydany bardzo ładnie). Polecam, choćby jako przerywnik od piwnic, siarki, smoły, lochów, płonących kościołów i wódeczki z antychrystem. Choć i tutaj spotkacie diabła, tyle, że w postaci dużo bardziej przystępnej. 


Lucifer’s Children – „Signs of Saturn”. Fallen Temple, marzec 2022.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz