piątek, 29 kwietnia 2022

Dusza truchła.

 

Można ich traktować z przymrużeniem oka, można się pod nosem uśmiechać, można zbywać machnięciem rąk. Można też ich lubić, wielbić bądź kochać. Spotkałem się już z wieloma reakcjami. Jedno jest pewne – trudno przejść obok nich obojętnie. Bo czy tego chcemy, czy nie, Truchło Strzygi jest już pewnym fenomenem naszej sceny. Wystarczy spojrzeć na skrajne emocje, które wzbudzają, rzucić okiem na ceny dawno wyprzedanych materiałów, i jasnym jest, że nie jest to kolejny zespół jakich wiele. Poza tym – i to mówię z pełną odpowiedzialnością – chłopaki naprawdę fajnie grają. „Gwiezdny Demon” – drugi pełniak w dyskografii zespołu – to krążek na tyle udany, że w mojej klasyfikacji przeskakuje debiut i epkę (o nich tutaj). 

Ta recenzja mogła ukazać się dużo wcześniej, bo albumu słucham od dobrego miesiąca, nie dysponowałem jednak tekstami. Nie było ich w promo przysłanym przez Grega, zapewnił mnie jednak, że znajdę je we wkładce. Musiałem więc poczekać na CD, bo jeden odsłuch „Gwiezdnego Demona” wystarczył, bym zdał sobie sprawę, iż pisanie czegokolwiek o tym albumie, bez lektury tekstów, jest pozbawione większego sensu. Kiedy słyszysz coś o Pile, coś o młodości, o jakiejś kotwicy, o czarownicach czy wreszcie o piciu i Frankfurcie, to masz ochotę poznać zawartość liryczną. W każdym razie ja tak mam. Zaintrygowała mnie. Tym bardziej, że Truchło to zespół nietuzinkowy, w twórczości którego liryki wydają się pełnić istotną rolę. Albo nie pełnią żadnej, są tam tylko po to, by były, pisane na kolanie, a ja jestem debilem dorabiającym sobie ideologię. Może tak być, jednak w to nie wierzę, i tę ideologię sobie dorabiał będę. Bo nikt nie pisałby tak osobistych rzeczy tylko po to, by wypełnić czymś krążek. Tak, tak osobistych tekstów Strzyga jeszcze nie miała. I choć całość rozpoczyna „Strumień Świadomości”, będący swego rodzaju manifestem, wiadomością skierowaną do słuchacza, to kolejne kompozycje przynoszą rozrachunki z samym sobą, ze swoją przeszłością, rodziną, i całym syfem, który nas otacza. A nawet ten wspomniany „Strumień Świadomości” nie musi być wcale tylko i wyłącznie wiadomością, bo to w pewnym stopniu także jakieś rozliczenie, albo – wytłumaczenie, czy nawet usprawiedliwienie. Nie zmieniła się bezpośredniość tekstów, bo po prostu nie mogła. Tak robi to Gambit, i – co twierdzę od pierwszego krążka – robi to udanie. Poza naturalnością i bezpośredniością, jest tu też bardzo swobodne operowanie słowem, a także metaforą. Truchło proponuje swego rodzaju zabawę, wyzwanie dla czytającego, i ja to doceniam, bo choć bezpośrednie, nie są to wersy, w których wszystko podane jest na talerzu. I nawet najdłuższe główkowanie nic nie pomoże, bo niektóre zdania zrozumiałe będą jedynie dla twórcy. Ale dzięki temu każdy może na swój sposób – i do pewnego stopnia – się w nich odnaleźć. Nie mogę nie wspomnieć o kilku wyraźnych ukłonach w stronę Romana Kostrzewskiego. Nie wiem czy było to zamierzone, w każdym razie wyszło fajnie. Szczególnie w obliczu jego śmierci. Kończąc wątek warstwy lirycznej: polecam zajrzeć do książeczki i poczytać. To bez wątpienia najlepsze i najdojrzalsze teksty Truchła. Dużo dojrzalsze są też kompozycje. Zespół tkwi w swojej bajce, ale tym albumem trochę ją poszerzył. O ile poprzednie wydawnictwa trzymały się w miarę konwencji, tak tutaj panowie pozwolili sobie na kilka ciekawych wycieczek. Dzięki temu album nabiera rumieńców, bo wszystkie te niekonwencjonalne aranżacje wypadły doskonale. Oczywiście trzonem jest jak najbardziej black / thrash zmieszany z punkiem, no i generalnie metalem, ale w kilku momentach zostałem zaskoczony. I doceniam za to chłopaków, bo nie dość, że mają ciekawą wizję, to nie boją się jej realizować, i robią to udanie. Krążek nie jest długi, ale wcale tak szybko nie przelatuje. Nie, nie dłuży się, nie ma tu ani chwili nudy, po prostu jest tak bogaty, i trudno przyjąć do wiadomości, że wystarcza na to wszystko tylko pół godziny. Jest tu kilka hitów, szczególnie „Zagłada” (brawa za gościnne występy dla pań), ale tak naprawdę każda kompozycja czymś się wyróżnia, jest charakterystyczna. I to też jest postęp, bo drzewiej nie zawsze tak bywało. Świetne są wokale, i to nie tylko te pierwszoplanowe, powiedziałbym wręcz, że wszystko to, co dzieje się za nimi, jest jeszcze lepsze. No i oczywiście masa tu bardzo dobrych riffów, momentów do tańca, które sprawdzą się na koncertach. Jednym słowem, petarda. Jak dla mnie bardzo dobry krążek, który niczego nikomu udowadniać nie musi, bo jest po prostu naturalnym ciosem w twarz. Kibicowałem chłopakom od początku, kibicuję nadal. Róbcie swoje, będzie dobrze. 

Polska scena zna przykłady iście kabaretowe, najczęściej pojawiające się wtedy, gdy muzycy za bardzo chcieli, za bardzo poniosła ich wiara w swoje umiejętności – a szczególnie – w swoją wiedzę i inteligencję. Truchło Strzygi nie ma tego problemu, bo po prostu jest sobą. Nikogo ani niczego nie udaje, ma w głębokim poważaniu co kto o tym sądzi. Robi swoje, naturalnie, szczerze i – co słychać – spontanicznie. A jeśli trzeba, czy po prostu inaczej się nie da – to śmieje się samo z siebie, bo to przecież jest zespół, który nigdy nie aspirował do bycia śmiertelnie poważnym. Co nie znaczy, że nie traktuje tego, co robi, właśnie poważnie. I choć balansuje na granicy kiczu, choć bawi się bardzo odważnie konwencją, w której się obraca, to w moim odczuciu broni się wyśmienicie. „Gwiezdny Demon” mógł być albumem, który tę delikatną granicę przekroczy, w jakimś stopniu mogła to sugerować okładka i dotychczasowe wydawnictwa zespołu, ale nie przekroczył. Jest kolejnym krokiem zespołu w głąb otchłani swego muzycznego i wizerunkowego świata, ale krokiem na tyle pewnym i rozważnym, na tyle świadomym swoich możliwości, że dalekim od niepotrzebnego i fałszywego. Oby więcej takich kroków w przyszłości.


Truchło Strzygi - "Gwiezdny Demon". Godz Ov War Productions, kwiecień 2022. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz