niedziela, 3 kwietnia 2022

[ARCHIWUM90] #25: Selbstmord - "Some Day The Whole World...".

 

Selbstmord na lata dziewięćdziesiąte załapał się rzutem na taśmę, wypuszczając w 1999 roku dwie demówki. Świdnicki zespół aktywny jest do dziś, i zdążył wydać kilka naprawdę bardzo udanych krążków, ale dla mnie to właśnie drugie demo jest ich najlepszym wydawnictwem. Znam zresztą sporo osób, które podzielają moje zdanie. „Some Day The Whole World…” z miejsca ustawiło zespół w czołówce krajowego podziemia, ale nic w tym dziwnego – jest to demo, które mogłoby spokojnie być pełniakiem, i nie mam na myśli tylko jego długości.


No dobra, dwadzieścia pięć minut to niby nie tak wcale dużo, jednak jak na demo jest to sporo. Trzeba też wziąć pod uwagę jakość nagrania, bo jak na tamte lata, materiał brzmi zaskakująco dobrze. Jasne, wielbiciele selektywnego brzmienia złapaliby się teraz za głowę, ale kompletnie mnie to nie obchodzi, bo jeśli znacie demówki wydawane w tamtym okresie, to wiecie, że na wielu z nich trudno było cokolwiek usłyszeć. A tu jest bardzo przyzwoicie, przy jednoczesnym zachowaniu odpowiedniej ilości brudu, piwnicy, podziemia i prymitywizmu. Sama muzyka zaproponowana przez dolnośląski zespół nie ma w sobie ducha odkrywcy, podąża szlakami wytyczonymi przez zespoły takie jak Graveland, Infernum, Fullmoon. Biorąc pod uwagę, że Graveland już wtedy szedł w trochę innym kierunku, Fullmoon nie istniał, a Infernum przechodziło okres zawieszenia, należy Selbstmord uznać za kontynuatora twórczości trzech wcześniej wymienionych nazw. Oczywiście nie należy kurczowo zamykać listy inspiracji w tych tylko trzech projektach, bo jest ona bez wątpienia szersza. Muzycy Selbstmord szli po prostu dobrze sobie znaną drogą, bo przecież Diathyrron bębnił w Fullmoon, a Necro udzielał się choćby w Ohtar. Przez sam Selbstmord przewinęli się też inni muzycy, jednak to ten duet odpowiada za większość dokonań Samobójstwa. Wróćmy jednak do samego „Some Day The Whole World…”. Jak już pisałem, nie jest to materiał odkrywczy czy nowatorski. Nie znaczy to, że jest wtórny. Sporo w nim odniesień i cytatów, ale sporo również nowego spojrzenia na klasyczne dźwięki. Materiał ten, na tle poprzedników, wyróżnia się bez wątpienia energią i agresją. Selbstmord bazuje na tempach szybkich i bardzo szybkich, czasami racząc nas nawet tanecznymi. Nie unika oczywiście charakterystycznych zwolnień, ale dominuje tu jednak moc. Nienawiść i gniew wręcz wylewają się z głośników, i faktycznie można mieć wrażenie, że pewnego dnia ten świat będzie nasz. Nad tą całą dźwiękową agresją unoszą się klasyczne wokale Necro, i to one w dużej mierze nadają demówce klimatu lat poprzednich. Bardzo lubię tę szkołę wokalną, niesamowicie złowieszczą, a zarazem skromną i oszczędną w ekspresji. Świetne są tu fragmenty grane na dwie stopy, doskonałe wstawki taneczne, które sprawdziłyby się na każdym koncercie, ale przede wszystkim urzeka mnie tu najmocniej atmosfera tego materiału, jego klimat. Nienawiść wymieszana z gniewem, pogardą i mizantropią. No i oczywiście duch klasycznych dokonań z kręgu The Temple of Fullmoon, które to rzeczy są dla mnie najlepszymi, jakie zrodziła polska scena w latach dziewięćdziesiątych. Selbstmord tego ducha ma w sobie do dzisiaj, warto więc zainteresować się nie tylko ich drugim demo, ale także późniejszymi materiałami.

„Some Day The Whole World…”, poza pierwszym, kasetowym wydaniem, dostępny jest na CD, za sprawą Out of the Dungeon Productions. Każdy chcący znajdzie bez problemu.


Selbstmord – „Some Day The Whole World…”. Under the Sign of Garazel Productions, 1999.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz