środa, 16 marca 2022

Wysoka samoocena.

 

Szwedzki Wan już od trzynastu lat nie odrywa kartek w kalendarzu, jego muzycy prawdopodobnie nawet nie mają pojęcia, że mamy 2022 rok. Panowie nie oglądają się na prawo i lewo, nie patrzą do przodu – a jeśli już, to tylko po to, by znaleźć najbliższy cmentarz i monopolowy (a jak wiadomo w Szwecji to nie takie proste). Wan to jeden z tych zespołów, który z pełną premedytacją omija wszelkie mody, trendy i chwilowe odchyły gatunkowe. I bardzo dobrze, bo takich zespołów nam trzeba. Wypuścili właśnie swój czwarty duży krążek, którego tytuł mówi bardzo wiele, jeśli nie wszystko.

A jak do tytułu dorzucimy okładkę, logo i prezencję muzyków, wszelkie wątpliwości co do podejścia Szwedów do black metalu znikają. „Antichristian Douchebags” to jeden z tych krążków, którego pewnie słuchałbym z kolegami w piwnicy, za czasów naszych nastoletnich. To jeden z tych krążków, przy których wznosilibyśmy butelki i wydzierali na chwałę rogatego. Mam zresztą podejrzenie, że muzycy Wan – choć od nastoletniości dalecy – nadal tak robią. A już bez wątpienia na próbach. Zresztą ich czwarty krążek brzmi trochę jak zapis próby, bo masa w nim spontaniczności i pasji. Oczywiście jakość jest lepsza, choć daleka od klinicznej. Brudu tu sporo, ale on tylko dodaje smaku tej piwnicznej nasiadówce, ewentualnie próbie granej w garażu kolegi. Dobra, nie chcę iść z tymi określeniami za daleko, bo pomyślicie, że nic tu nie słychać, a przecież słychać sporo. Jest to po prostu krążek brzmiący w stu procentach podziemnie. Wcześniejsze odniesienia do piwnicznych spotkań czy też prób garażowych dotyczą bardziej naturalności tego albumu, spontaniczności i prostolinijnej bezpośredniości. Nie znajdziecie tu wymyślnych aranżacji, porywających melodią fragmentów czy w ogóle jakichkolwiek zbędnych ozdobników. „Antichristian Douchebags” to bardzo naturalny cios w mordę jezuska i jego kolegów. Prosto, dosadnie, szczerze i na temat. Wan nie ma zamiaru nikogo swymi dźwiękami uwodzić, nie szuka sensu życia – o ile nie jest nim agresja wobec chrześcijaństwa – nie zmusza do głębszych refleksji. Po prostu gra ten swój prosty black metal, lekko zabarwiony latami osiemdziesiątymi, lekko podlany black/thrashowym sosem (ale naprawdę lekko), ale przede wszystkim nacechowany niczym nieskrępowaną wolnością w oddawaniu hołdu dekadom minionym. Robi to w szwedzkim stylu, w atmosferze bardziej gorącej niż zimnej, ale nie próbuje odnosić się w żaden sposób do swych bardziej znanych rodaków. Gra swoje. Bo – jak już zaznaczyłem na początku – Wan nie ogląda się na boki, nie zwraca uwagi na nic. I te trzynaście kompozycji trwających czterdzieści minut jest tego najlepszym dowodem. Nawet po ponad dziesięciu latach działalności. Doceniam. Takie zespoły należy wspierać i za to brawa dla chłopaków z Fallen Temple. 


Wan – „Antichristian Douchebags”. Fallen Temple, luty 2022.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz