wtorek, 15 marca 2022

Początki krucjaty antychrysta.

 

Koniec 2021 roku i początek 2022 to dla Werewolf Promotion czas kilku wznowień. Dziś o tym, które ze względu na dostępność pierwszych edycji, jest chyba najciekawszym dla wszystkich kupujących fizyczne wydania. Chyba, bo jedyny krążek Flammersjel to też gratka, ale zaczniemy od Moontower. Koniec grudnia przyniósł wznowienie dwóch ich pierwszych albumów. Zmieściły się na jednym srebrnym krążku, dostały ładną oprawę graficzną, a całość zatytułowana została „Unholy Crusade – Praise the Antichrist”. Jest to nie tylko dobra okazja do tego, by je sobie przypomnieć, ale – i może przede wszystkim – do tego, by prześledzić drogę jaką zespół przeszedł od tamtych czasów do wydanej w 2021 roku epki „The Last Blasphemy” (o niej tutaj).

Tym jednak zajmiemy się we wnioskach końcowych, teraz przybliżę trochę samo wydawnictwo. Znajdziemy tu dwa pierwsze pełniaki wałbrzyskiej hordy: „Praise the Apocalypse” z 2004 roku i „Antichrist Supremacy Domain” z 2005. Łącznie daje to piętnaście kompozycji, które trwają godzinę i piętnaście minut. Już samo w sobie to wydawnictwo jest dobrym materiałem porównawczym, bo możemy w kolejności chronologicznej odsłuchać dwa następujące po sobie albumy. Różnic jednak nie ma ogromnych, choć kilka jest zauważalnych. Debiut, czyli „Praise the Apocalypse” to Moontower do bólu przewidywalny, grający przeciętny black metal, w którym trudno cokolwiek wyróżnić. Poza brzmieniem, które jest niestety schrzanione. Za dużo w nim przesteru, za mało głębi. Jest bardzo płaskie, momentami gitary brzmią jak totalnie komputerowa ścieżka dźwiękowa. Nie ułatwia to obcowania z tym materiałem, który sam w sobie – kompozycyjnie i aranżacyjnie – choć niczym się nie wyróżnia, to nie jest zły. Ot, po prostu granie jakiego setki i tysiące. Nic co na dłużej zapadłoby w pamięć. Można gładko przejść do „Antichrist Supremacy Domain”. I tu od razu zauważamy różnicę, bo polepszyło się brzmienie. Nabrało mocy i głębi i nie jest już tak płaskie jak na poprzedniku, nie sprawia już wrażenia wygenerowanego na pececie. Oczywiście nie jest to też jeszcze idealnie brzmiący album, ale poprawa jest zauważalna i znaczna. To też pokazuje, jak dużo robi samo brzmienie. Kompozycyjnie wiele się nie zmieniło, Moontower nadal tnie klasyczny, prosty i bezpośredni black metal. I bardzo dobrze, szkoda tylko, że nadal trudno tu znaleźć jakiekolwiek momenty zapadające na dłużej w pamięć. Pomimo tego, jest to bez wątpienia krążek lepszy i ciekawszy od poprzednika. A to mówi nam, że zespół się rozwijał, co docenić należy. A skoro już przy rozwoju jesteśmy, warto na chwilkę zatrzymać się i porównać te dwa albumy z ostatnią – bardzo dobrą – epką. Właściwie nie ma może sensu porównywanie, chodzi o to, by dostrzec przepaść, która dzieli te wydawnictwa. Fakt, potrzeba było na to sporo czasu, ale dzisiejszy Moontower jest przy tamtym zespołem wybitnym. Każdy ma jakieś początki, to oczywiste, fajnie jednak jeśli twórczość zyskuje z czasem, bez zaprzedawania samego siebie. A tak bez wątpienia jest w przypadku Moontower. Fajnie też, kiedy zespół swych początków się nie wstydzi. I tak też jest w przypadku wałbrzyskiego zespołu, czego dowodem wznowienie dwóch pierwszych krążków. Dla fanów zespołu pozycja obowiązkowa, dla całej reszty: warto, choćby ze względu na wartość sentymentalną i historyczną.


Moontower – „Unholy Crusade – Praise the Antichrist”. Werewolf Promotion, grudzień 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz