wtorek, 1 marca 2022

Otchłań wśród gwiazd.

 

Nie raz już przekonałem się, że ocenianie albumów na podstawie wyłącznie odsłuchów z sieci, nie jest najlepszym sposobem. Jasne, daje taka metoda jakieś ogólne pojęcie i obraz, i na ich podstawie można sobie jakąś opinię wyrobić, ale najlepiej posłuchać z fizycznego nośnika. Wziąć płytę do ręki, zajrzeć do książeczki. Pod koniec zeszłego roku ukazał się trzeci krążek Demonic Temple, i wtedy – bazując właśnie tylko na tym co w necie – kompletnie mi nie podszedł. Jakiś czas temu przyszedł do mnie srebrny krążek, i ze sporym zaciekawieniem wrzuciłem go do odtwarzacza: zobaczymy teraz! No i cóż, zobaczyłem. A raczej usłyszałem. Nadal mnie nie powala, choć trochę zyskał.

Wiele pozytywnych słów przeczytałem i usłyszałem na temat „Through the Stars into the Abyss”. Niektórzy stawiali ten album w czołówce polskich dokonań 2021 roku, inni – nawet jeśli nie umiejscawiali go tak wysoko – doceniali i twierdzili, że to rzecz niezwykle dobra, lub przynajmniej dobra. Ja od początku stałem w opozycji, bo już od pierwszego odsłuchu brakowało mi tu charakteru, czegoś wyrazistego, czego mógłbym się chwycić i na tym budować dalszą narrację na temat tego dzieła. Miałem wrażenie, że to taka dźwiękowa masa, nie przybierająca żadnego konkretnego kształtu, za to niebezpiecznie dryfująca w kierunku islandzkich klimatów. Bo jest tu gęsto, bo jest to zwarte, bo jest trochę dysonansów, bo wszystko to jest zbite i bazuje na tych samych patentach powtarzanych w każdej kompozycji. To oczywiście nic nowego, po prostu ja nie jestem zwolennikiem akurat tych patentów. Jedyne, co mogłem tu całkowicie szczerze docenić, to warsztat zespołu, brzmienie, no i w jakimś stopniu atmosferę. I te rzeczy podobają mi się nadal. Tu niczego nie zmienił odsłuch ze srebrnego krążka. Zmienił natomiast w delikatnym stopniu moje ogólne postrzeganie trzeciego albumu duetu z Bogatyni. Nie zostanę oddanym fanem, nie zostanę też fanatykiem tego konkretnego wydawnictwa, ale przyznać muszę, że dużo lepiej odbieram ten album dzisiaj. Przy okazji - posiadając wydanie fizyczne – widzę, że tworzy spójną całość. A takie rzeczy doceniam. Muzycznie nadal mnie nie porywa, ale po kilku odsłuchach znajduję fragmenty naprawdę ciekawe. A one powodują, że chcę do niego wrócić, bo może jeszcze coś dobrego przegapiłem? Wracam więc i choć przez większość czasu się raczej nudzę, bo nadal nie znajduję tu niczego charakterystycznego, niczego co mnie akurat by porwało, to przyciąga mnie ten materiał swym niepokojącym klimatem, atmosferą nadchodzącego zła, jakąś ukrytą grozą. I nie mam żadnych wątpliwości, że to jest dobry album. W swojej bajce oczywiście. Mnie finalnie nie przekonuje na tyle, bym do niego miał w przyszłości często wracać. Może dam mu jeszcze kilka odsłuchów, a potem na długie miesiące powędruje na półkę. Nie wiem. Ale dziś, dzięki temu, że mogłem posłuchać „Through the Stars into the Abyss” z CD, wiem dlaczego ma on tylu zwolenników. I nie dziwię się. Ja po prostu nie jestem piewcą takiego grania. 


 Demonic Temple – „Through the Stars into the Abyss”. Putrid Cult, listopad 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz