środa, 2 marca 2022

Odkurzone popioły.

 

Zdążyliśmy już kilka razy ustalić, że Old Temple lubi wznawiać. Pisałem też już, że niektóre z tych wznowień to bardzo dobre ruchy, inne mniej. Tak czy siak, doceniam, bo gliwicka wytwórnia potrafi co pewien czas wyłowić jakiś pokryty kurzem materiał, który zasługuje na to, by go tego kurzu pozbawić. Tak było choćby w przypadku ostatniego krążka Holy Death – „The Knight, Death and the Devil” (o nim tutaj). Eryk poszedł za ciosem i pokusił się o wznowienie jeszcze jednego albumu krakowskiego zespołu, tym razem jest to „Forever Burning Ashes”. I o ile nie mam zamiaru go za to potępiać, tak uważam, że Holy Death ma w swym dorobku materiały, które dużo bardziej zasługują na przypomnienie.

„Forever Burning Ashes” to drugi pełniak Holy Death, który premierę miał w 2001 roku. Dla mnie to najsłabsze krążek krakowian, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę pomniejsze wydawnictwa. Nie znaczy to, że jest zły. Nie. To po prostu solidny średniak, niczym się nie wyróżniający na tle innych wydawnictw rodzimej sceny. Wyróżnia się za to w dyskografii Holy Death, bo to album, który najmocniej ze wszystkich zainspirowany jest północnym graniem. I tak jak nie mam nic do północnej szkoły, tak wolałem Holy Death wolniejsze, cięższe, bardziej południowe i dużo bardziej mroczne. „Abraxas”, „Triumph of Evil” czy wspomniany już „The Knight…”. Przy okazji – wznowienia dwóch pierwszych wymienionych tytułów to byłby strzał w dziesiątkę. „Forever Burning Ashes” od początku był albumem dziwnym. Muzycznie to taki trochę składak, bo jak popatrzymy na zawartość pierwszego wydania, to jest tam wiele dodatkowego materiału. W moim odczuciu za dużo. Old Temple na szczęście trochę to obcięła i zostało siedem kompozycji, nie zmienia to faktu, iż dwie ostatnie też mogłyby zostać usunięte. Cover Motorhead pasuje tu jak Izrael do swojego sąsiedztwa, a wersja demo utworu „Awakening” nie wnosi niczego, bez czego nie moglibyśmy żyć. To okroiłoby co prawda wydawnictwo do pięciu kompozycji, ale dzięki temu materiał byłby spójny i jednorodny. No ale dobra, mamy taką a nie inną wersję, nie ma sensu drzeć szat. Jak już wspomniałem, jest to Holy Death zwrócony ku północy Europy, konkretnie ku Szwecji i Norwegii. Nic to nowego w black metalu, problem w tym, że poprzez taki zabieg, zespół stracił swój charakter, swoje DNA i sporo ze swego uroku. Są tu oczywiście odczuwalne te charakterystyczne dla krakowian pierwiastki, ale w dużo mniejszym stopniu. Nie jest to źle zagrany black metal, on jest po prostu bez charakteru, bez wyrazu. Wszystko tu jest poprawne, solidne, zagrane wedle prawideł sztuki, ale to jednak za mało by słuchacza porwać. Mnie w każdym razie nie porywa. Dużo bardziej wolałem choćby ten prymitywny, prosty, ale pełen pasji i autentycznego mroku Holy Death z „Abraxas”. Trafiają się tu momenty ciekawe, co nie może dziwić, bo sam zespół wielokrotnie dowiódł, że potencjał ma. Ale są w mniejszości, dominuje muzyka jaką znajdziemy na tysiącach wydawnictw, które już dawno zostały przez świat zapomniane. Nawet brzmienie jest takie nie do końca określone, jakby nie mogło się zdecydować, czy pozostanie przy południu, czy północy. Daleko temu krążkowi do swego następcy, jak i do poprzedników. Ma on oczywiście wartość historyczną, i jest to jedyny powód, dla którego należy cieszyć się z jego wznowienia. Na koniec powtórzę swój apel – wznowienie „Abraxas” byłoby wspaniałym uczynkiem. Mam nadzieję, że kiedyś do tego dojdzie. 


Holy Death – „Forever Burning Ashes”. Old Temple, październik 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz