niedziela, 6 marca 2022

[ARCHIWUM90] #21: Arcturus - "Aspera Hiems Symfonia".

 

Zostajemy w Norwegii. Nigdy nie byłem, ale pewnie mógłbym tam zostać na dłużej, bo okoliczności przyrody powalające. A i miasta, jak choćby Bergen, wyglądają na bardzo interesujące. Tam jednak dziś nie trafimy, choć moglibyśmy, bo powstało tam przecież co najmniej kilka wybitnych dzieł. Dziś jednak z Haugesund, w którym byliśmy tydzień temu, przenosimy się do Oslo i jego okolic. Tamtejsze nagromadzenie muzyków, albumów i zespołów wybitnych, jest trudne do zrozumienia, ale nic sobie z tego nie robiąc, jakby mało im – i nam – było zespołów macierzystych, dziś Arcturus. Jeden z wielu pobocznych projektów ludzi znanych z zespołów już wtedy legendarnych. Ten projekt jest jednak aktywny do dziś, i choć miewał swoje upadki, to stanowczo więcej wzlotów. A dla mnie najwyżej szybował na swym pełnowymiarowym debiucie.

Po tylu latach należy oczywiście Arcturus określać mianem pełnoprawnego zespołu, ale w połowie lat dziewięćdziesiątych wyglądało to jak kolejny środek do dania upustu twórczej fantazji i talentowi. A tego ostatniego tym młodym Norwegom nie brakowało. Zespół powstał na początku dekady, zadebiutował w 1991 roku wydając singiel „My Angel”. Trzy lata później była epka „Constellation”, a już dwa lata później świat mógł zachwycić się „Aspera Hiems Symfonia”. To, co było potem zostawimy, choć przecież „La Masquerade Infernale” to też geniusz. Ale dziś jest czas dla debiutu. Nie bez przyczyny jednak wspominam drugi krążek Norwegów, bo to on został uznany za nowatorski, wizjonerski i wyznaczający nowe kierunki. Nie mam zamiaru z tym dyskutować, uważam jednak, że już debiut pokazał nieszablonowe podejście i geniusz muzyków. Jest to materiał wciąż mocno osadzony w stricte black metalowych ramach, zarazem jednak wymyka się im, wychodzi poza przyjęte schematy i kanony. No ale trudno by było inaczej, skoro w składzie był choćby Garm, który ze swoim Ulver rzadko robił coś, co można nazwać standardowym. Za ten wspaniały album odpowiada też choćby Hellhammer z Mayhem, jednak to nie te dwie najbardziej znane persony są tu w moim odczuciu najważniejsze. Dlaczego? Ano dlatego, iż uważam, że „Aspera…” to jedno z najlepszych połączeń klawiszy z gitarą. Nie wiem właściwie czy komukolwiek kiedykolwiek udało się to lepiej. A za te instrumenty odpowiadają tu ludzie z drugiego szeregu. Gitarzysta, który nigdy nie był związany z żadną black metalową potęgą, występujący tu pod pseudonimem August. Klawiszowiec Sverd, mający co prawda epizod w Ulver, oraz dwa albumy Covenant, poza tym jednak jest postacią raczej anonimową (bo Mortem trudno zaliczyć do norweskich potęg). Nie mam zamiaru zapominać o doskonałych wręcz wokalach Garma, którego w tej materii podziwiam zawsze, gdy cokolwiek wydaje. To co tutaj zrobił, zasługuje na wieczne uwielbienie. Perkusji Hellhammera także należy oddać honory, bo gra tu z niesamowitym wyczuciem, techniką i polotem. Ale to właśnie gitara i klawisze niosą ten album na pułapy zarezerwowane dla najlepszych. Oba instrumenty współpracują tu ze sobą przez cały czas, nie dają sobie wytchnienia, są wszechobecne i urzekająco piękne. Tak, nie boję się użyć takiego określenia, choć to przecież black metal. Nie jest to jednak black metal piwniczny, agresywny i ziejący złem. Tutaj dominuje atmosfera, klimat, piękno i techniczne szaleństwa. Pomimo tego nadal jest to album pełen emocji, to nie jest casus technicznego, zimnego death metalu. Tutaj czuć pasję, czuć głębię, czuć oddanie, a zarazem dbałość o jakość końcowego efektu. Melodie po prostu powalają. Jest tu takie nagromadzenie porywających momentów, że odwrócenie głowy choćby na moment, powoduje niepowetowane straty w odbiorze. Czterdzieści minut czystego geniuszu. I najlepsze jest to, że choć klawisze są wszechobecne, nigdy nie nazwałbym tego albumu symfonicznym black metalem. Bo tu one są po prostu użyte w dużo ciekawszy, dużo bardziej rozbudowany sposób. Nie są tylko jedno czy dwuwymiarowym podkładem pod resztę, są pełnoprawnym instrumentem, który w sposób bardziej obrazowy i plastyczny staje się drugą gitarą. I dzięki temu doskonale współpracuje z tą pierwszą. A to co jest efektem tej współpracy, należy określić tylko i wyłącznie jako geniusz, arcydzieło i coś, co nigdy nie zginie w mroku muzycznych dziejów. I pomimo całej tej atmosfery i klimatu, trudno ten album nazwać także – wedle dzisiejszych standardów – atmosferycznym black metalem. Bo jeśli ktoś choćby spróbuje postawić obok debiutu Arcturus jakikolwiek dzisiejszy krążek określany tym mianem, to zalecam szybką wizytę u laryngologa i psychiatry. Ten cały dzisiejszy trend nie jest nawet godzien butów wiązać tamtym kompozycjom, a co dopiero stać obok nich. Mógłbym tu pewnie jeszcze przez czterdzieści wersów zachwycać się i pisać o wielkości „Aspera…”, ale przecież macie uszy, słyszeliście go, wiecie jak to jest wspaniały album. Pamiętam 1996 rok i jego premierę. Był to czas gdy wszystko z Norwegii łykaliśmy bez popity, nie inaczej rzecz się miała z tym krążkiem (wtedy oczywiście na kasecie). Był to też czas, gdy szukaliśmy głównie agresji, brutalności, zimna i zła. A tu nagle takie coś. Pierwszy szok szybko ustąpił zachwytowi. I to też dużo mówi o tym, jak dobry to jest album. Momentalnie wskoczył do szeregu i stanął obok ikonicznych dzieł tamtego czasu. I stoi tam do dziś. I do dziś mnie zachwyca. Choć przecież znam go na pamięć i śpiewam razem z Garmem (za co bardzo przepraszam wybitnego artystę).

PS Za każdym razem gdy zaczyna się „Fall of Man” mam ciary. Ten numer – przepraszam – ta kompozycja, to jest absolutne arcydzieło.

PS 2 Poniżej zdjęcie wznowienia, z lekko zmienioną okładką, choć i na oryginalnej była zorza polarna.


Arcturus - "Aspera Hiems Symfonia". Ancient Lore Creations, 1996. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz