czwartek, 17 lutego 2022

Spotkanie dwóch dekad.

 

Czasami wystarczy sama okładka, bym zainteresował się albumem. W jakimś stopniu tak było w przypadku Furis Ignis. Bo obraz zdobiący debiut niemieckiego, jednoosobowego projektu, robi wrażenie. Nic bardzo wyszukanego, ot – zamek we mgle, jakiś jeździec, w tle zarys budowli dużo większej. Ale to wystarczy, bo klimat jest. Jednak nie tylko okładka zadecydowała o moim zainteresowaniu nadchodzącym krążkiem Furis Ignis. Była to przede wszystkim zasługa dwóch opublikowanych pod koniec zeszłego roku utworów. Bardzo przypadły mi do gustu i kazały czekać na całość, którą dostaliśmy w połowie stycznia.


Niewiele wiem o samym projekcie, poza tym, że jest z Niemiec i stoi za nim jeden człowiek. Pełnowymiarowy debiut to jedyne jego wydawnictwo. I muszę przyznać, że jest to debiut z przytupem, bo nie dość, że album jest świetny, to wydaje go zasłużona Iron Bonehead Productions. Jedno zapewne wynika z drugiego, bo przecież nie wydaliby jakiegoś muzycznego nieporozumienia, tak czy siak – początek „kariery” udany. Tylko pogratulować. „Decapitate the Aging World” trwa prawie czterdzieści minut i zawiera sześć kompozycji. To album, który w doskonały sposób łączy drugą falę, z prekursorami gatunku z lat osiemdziesiątych. A wszystko ubiera w szaty black metalu surowego, ale przystępnego. Jest to zasługa naprawdę udanej fuzji obu dekad. Dawno nie słyszałem, by ktoś zrobił to tak dobrze, by tak udanie zachował proporcje. By wziął to co najlepsze w obu stylach i wysmażył z tego pełnokrwisty materiał. Furis Ignis kompozycje buduje w oparciu o mocne riffy lat osiemdziesiątych, ale doprawia je klawiszami, melodiami i klimatem dekady następnej. Kilka razy słychać tu granie znane nam choćby z „666” Kata, ale nie są to zrzynki, tylko udane nawiązania. Nie zakładam, że twórca „Decapitate…” zna ten album, ale wiadomo – nie tylko Kat tak wtedy grał, ja po prostu mam takie a nie inne skojarzenia, bo kocham tamten krążek. Pewien polski zespół próbuje to zrobić od dawna, zmarnował już na te wysiłki trzy albumy, i nadal nic. A tu przychodzi jeden Niemiec i załatwia sprawę za pomocą debiutu. Odniesień znajdziemy tu oczywiście więcej, bo można wymienić sporo nazw z lat osiemdziesiątych czy też dziewięćdziesiątych, ale nie ma to większego sensu. Wystarczy powiedzieć, że znajdziemy tu najlepsze elementy i patenty obu dekad. Ale na tym nie koniec, bo – aby to wszystko było udane – potrzeba jeszcze dwóch rzeczy. Po pierwsze, odpowiedniego wymieszania. I ono tu jest. Proporcje bardzo udane, bardzo przekonujące i bardzo wyważone. Po drugie, dobrze dodać coś od siebie. A tym czymś w przypadku Furis Ignis jest dla mnie klimat. Jest diabelsko, ale zarazem średniowiecznie. Czuć tu oczywiście dużo siarki, ale i chłód lasu. Często odwiedzamy kryptę, ale i spacerujemy pod zimnym księżycem. I wszystko to tworzy spójną całość, bo nie jest tak, że to krążek podzielony na etapy, czy też zdominowany przez chaos. Nie, tutaj wszystko ze sobą współgra, wszystko się uzupełnia i tworzy dzieło doskonale zbalansowane, ale i wyraziste. Pełne charakteru, pełne treści. Bardzo, ale to bardzo udany debiut. Słucham często, a pomimo tego za każdym razem odkrywam jakieś nowe smaczki. Bo to naprawdę bardzo bogaty album. Mnogość aranżacji, odniesień, inspiracji, momentów, które każą przywołać coś w pamięci jest ogromna. I dlatego obcowanie z tym krążkiem to sama przyjemność. Polecam. Kolejny mocny, styczniowy strzał. Jak ten rok dalej tak będzie nas obdarowywał, to podsumowanie go będzie najtrudniejszym zadaniem od czasu matematycznych sprawdzianów w liceum.


Furis Ignis – „Decapitate the Aging World”. Iron Bonehead Productions, styczeń 2022.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz