środa, 23 lutego 2022

Powrót fińskiego stachanowca.

 

I znowu Finlandia. Tym razem jednak taka, która pojawić się może w każdym miesiącu każdego roku – i patrząc na niebywale obszerną dyskografię – nie będzie to zaskoczeniem. Kalmankantaja to projekt, który wydawnictw ma więcej niż ja włosów na głowie (a wbrew pozorom trochę ich jeszcze mam!). Do pewnego momentu było to fajne (stąd moje regularne recenzje, które znajdziecie tutaj), bo materiały prezentowały naprawdę wysoki poziom i – co najważniejsze – były dość oryginalne. No ale ile można? Przyszedł moment, gdy projekt zaczął się powtarzać. Trzeba wziąć pod uwagę, że kompozytorsko stoi za nim jeden człowiek. W każdym razie ja z regularnego śledzenia Fina wycofałem się jakiś czas po „Tyhjyys”, i już tylko z doskoku sprawdzałem co drugi wychodzący materiał. Nie odnotowując większych zmian w jego twórczości, wracałem bez żalu do innych zespołów. Ostatnio jednak przyszła do recenzji najnowsza płyta, postanowiłem więc sprawdzić, czy Kalmankantaja może mnie jeszcze czymś zaskoczyć.

Nie zaskoczyła mnie. Ale i nie odtrąciła, a to już sporo, biorąc pod uwagę przesyt, który miałem. Dla mnie najlepszy okres w twórczości projektu to lata 2014 – 2017, gdzie na pierwszy plan wybija się „Musta Lampi”. Tamte dni jednak nie wrócą, i wiem już, że „Metsäuhri” także ich nie wskrzesza. Może to dobrze, może nie, znaczy to jednak tyle, że i Kalmankantaja ma jeszcze możliwości pewnych zmian. Oczywiście w swoim muzycznym świecie, bo nadal mówimy o black metalu klimatycznym, atmosferycznym, raczej spokojnym niż ultra agresywnym. Najnowszy krążek (ciekawe jak długo będzie nosił to miano – miesiąc, dwa?) żadnej rewolucji nie przynosi, ale muszę przyznać, że słucha się go przyjemnie. Muzyka płynie jak spokojna rzeka, nie czekają na nas żadne progi skalne, zdradliwe prądy czy wiry, ale nie ma też na szczęście mielizn. Tempa wolne i średnie, riffy i melodie typowe dla muzyki tworzonej pod tym szyldem, atmosfera daleka od wesołej, ale nie przesadnie smutna. To taki bardzo mało inwazyjny album. Nie jest wymagający, on po prostu sobie gra. Dobrze czyta się przy nim książkę, dobrze relaksuje wieczorem. Nie trzeba poświęcać mu wielkiej uwagi, nie ma ambicji do całkowitego zawładnięcia naszym czasem. Lekką monotonię gitar bardzo udanie wypełniają melodie, także klawiszowe. Perkusja nie zwraca na siebie większej uwagi, natomiast wokal już tak. Jest jakby przytłumiony, lekko schowany, a zarazem przetworzony w sposób kojarzący się z industrialem, lekko odhumanizowany, choć nadal w swej podstawie klasycznie black metalowy. Ale to tylko kwestia przyzwyczajenia, bo koniec końców aranżacyjnie pasuje to do całości. Krążek jest długi, bo trwa godzinę. Zawiera tylko sześć kompozycji, nie trudno domyślić się więc, iż są długie. To żadna nowość w przypadku zespołu i niczego innego się nie spodziewałem. Nie działa to jednak na niekorzyść, bo kompozycje – pomimo iż dość jednorodne i spójne – są w pewnym stopniu zróżnicowane wewnętrznie. Gdyby jednak skrócić każdą o dwie, trzy minuty, nikomu nic by się nie stało. Tak czy siak nie jest to krążek na imprezę, ale jako towarzysz długiego spaceru, lektury, czy też spokojnych rozmyślań, sprawdza się dobrze. Podsumowując: Kalmankantaja nie zaskoczyła mnie niczym, poza jedną rzeczą. Coś w tym wszystkim jest, skoro dwudziesty (!) album wciąż w jakimś stopniu potrafi przykuć mą uwagę. Spodziewałbym się raczej ziewania i szybkiego wyłączenia, a jednak tak się nie stało. Z drugiej strony nie mam zamiaru nikogo oszukiwać – bardzo często nie będę do niego wracał. Jest to album dla wiernych i zagorzałych fanów fińskiego projektu i jestem pewien, że im się bardzo spodoba. 


Kalmankantaja – „Metsäuhri”. Wolfspell Records, styczeń 2022.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz