wtorek, 15 lutego 2022

Drugie życie.

 

Krakowski Cień nie należy do moich ulubieńców, nie zmienia to jednak faktu, że warto przyjrzeć się bliżej ich najnowszemu albumowi. W zespole doszło do ważnych zmian personalnych, co zaowocowało kompletnie nowym obliczem ich twórczości. O ile wcześniej za dużo smucili, dość nieudolnie obracali się w rejonie polskich wokali (tu sobie ponarzekałem trochę na krążek z 2017 roku), tak dzisiaj po tych mankamentach nie ma śladu. Nie stanę się z dnia na dzień wielkim fanem, ale „Redemption” to otwarcie nowego rozdziału, może nawet nowe życie dla tego projektu. A przy okazji naprawdę solidny album – a w jednym aspekcie – bardzo dobry.

Mowa tu o wokalach. Tak, przy okazji recenzji „Fate” narzekałem na nie. Bo były po prostu słabe. Ale teraz w Cieniu mamy nowego gardłowego, a on wie jak obudzić szaleństwo. To Ashgan, którego możecie kojarzyć z Blaze of Perdition. Wniósł on nową jakość. Bardzo wysoką jakość. Dodał szaleństwa i życia zespołowi. Dzikość i opętanie płyną teraz zza mikrofonu, zamiast wcześniejszej nudy. Ale dobra, zostawmy już ten stary Cień, bo to naprawdę jakby porównywać jakość kasety VHS z 4K. Nowi ludzie (drugim jest gitarzysta Lycain), nowy album, cztery lata przerwy, można więc naprawdę uznać to za całkowicie nowe otwarcie. I to takie zamaszyste, bo „Redemption” naprawdę daje radę. Przede wszystkim jest to album black metalowy w swej budowie. Kompozycje są agresywne, szybkie, dzikie, a przy tym wyraziste i pełnokrwiste. O wokalu już pisałem, ale dodam jeszcze, że pomimo ogromnej dawki szaleństwa, opętania i dzikości, nie dominuje on tak bardzo, jak można by się spodziewać. Jest wszędzie, ale dobrze uzupełnia się z gitarami. Bez wątpienia można go uznać za najbardziej charakterystyczny element krążka, ale nie podchodziłbym do niego jako do czegoś wybijającego się. To dla mnie bardziej kolejny instrument, a tym samym dopełnienie reszty. I to bez wątpienia jest ogromna siła tego transferu, bo przecież wokalista to doświadczony. Wie jak doprawić sobą płytę, ale jej nie przesolić. Same kompozycje też wreszcie zyskały – kolokwialnie mówiąc – jaja. Wreszcie mamy do czynienia z black metalem agresywnym, pełnym gniewu, nienawiści i złości. Oczywiście gama uczuć, które występują podczas tych pięćdziesięciu minut, jest dużo szersza. Tych jednak brakowało mi w Cieniu najbardziej. A teraz ich muzyka nie nudzi. Jest zajmująca, momentami porywająca. Numery są chwilami połamane, zróżnicowane, sporo tu zmian tempa. „Redemption” to dopiero pierwszy efekt nowych porządków, dlatego może jeszcze nie wszystkie kompozycje są sobie równe, ale dajmy zespołowi czas, bo kierunek jest dobry. Pierwszy krok został zrobiony. Jedyne co mnie tu irytuje, to brzmienie całości, które stanowczo jest dla mnie zbyt nowoczesne, zbyt poprawne i przyjemne. Cóż, tak się dziś często gra, dlatego nie mam wątpliwości, że krążek ten znajdzie wielu zwolenników. Trochę byłem zdziwiony, bo w krajowych podsumowaniach przeszedł raczej niezauważony, może wynika to z faktu, iż Cień jest w tej chwili trochę pomiędzy. Pomiędzy black metalem grzecznym i bezpiecznym (tak dziś popularnym niestety i dominującym większość podsumowań), a graniem typowo podziemnym, na które fani tych wszystkich oświeconych wypocin nie patrzą. Ale to tylko moja teoria. Najlepiej sprawdźcie sami, bo „Redemption” na to zasługuje. 


Cień – „Redemption”. Godz Ov War Productions, listopad 2021.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz