środa, 9 lutego 2022

Częstochowska sowa.

 

Sowa na okładce mogłaby sugerować, iż debiut Mondocane wydany został przez Malignant Voices, jednak „Dvala” opatrzona jest logiem innego częstochowskiego labelu, mianowicie Fallen Temple. I teoretycznie nie ma w tym nic dziwnego, choć trochę zaskakuje fakt, iż żadna wytwórnia spoza Polski nie sięgnęła po ten materiał (poza Cold Sun Productions z Kanady, wypuścili digipak w liczbie 100 sztuk – tak w każdym razie podaje Metal Archives, bo już Discogs o tym nie wspomina). Pamiętam, że gdy pojawił się w Internecie, zebrał sporo pozytywnych opinii i nie przeszedł bez echa. Chwała więc chłopakom z Fallen Temple, bo „Dvala” nie zasługuje na to, by pozostać tylko i wyłącznie w świecie cyfrowym.

Mondocane to projekt szwedzki, o którym wiele Wam nie powiem, bo sam niewiele wiem. Na koncie ma on – poza pełnowymiarowym debiutem – epkę pochodzącą z marca 2021 roku. Zawiera ona trzy numery i wszystkie je możemy znaleźć na „Dvala”. Na jej okładce także widnieje ptak, może więc to jacyś ornitolodzy? Nie będę tu jednak snuł domysłów, pozostańmy przy tym co wiemy. A wiemy tyle, ile Wam tu napisałem. No ale mamy jeszcze dźwięki. A w tej materii nie musimy już snuć domysłów, wystarczy odpalić płytę. I warto to zrobić, choć też nie jest to coś, co zostanie ze mną na dłużej. „Dvala” to solidny black metal, ale daleki jestem od zachwytów. Spotkałem się z opiniami, że to czołówka zeszłego roku, w moim jednak mniemaniu to spore nadużycie. Bez wątpienia projekt ma potencjał, ale do wielkości sporo jeszcze brakuje. Mondocane bazuje na dobrych, wręcz bardzo dobrych wzorcach, nie stara się wymyślać koła ani odkrywać Ameryki, stara się natomiast te bardzo dobre wzorce zaadoptować na swoje potrzeby i wrzucić w swoje brzmienie. Dostajemy więc prosty, powtarzalny, momentami hipnotyzujący black metal, który tym samym może kojarzyć się – pod względem właśnie motoryki oraz powtarzalności – z Burzum. Proste melodie i zagrywki, proste riffy, monotonna sekcja. Ale nie zawsze, bo trudno byłoby takie granie określić DNA zespołu. Są tu też kompozycje dużo bardziej zróżnicowane aranżacyjnie, wszystko jednak nadal pozostaje w sferze prostego, bezpośredniego grania. Nawet gdy Mondocane uderza w rejony spokojnego, atmosferycznego i wręcz nastrojowego grania, robi to używając środków skromnych. Bo na poziomie kompozycji, jest to krążek prosty i skromny. Całościowo jednak jest zróżnicowany, bo numery potrafią być od siebie klimatem dalekie. Sporo tu agresji, dominują tempa szybkie. Melodyka jest przyziemna, nie komplikuje odbioru albumu, nie dominuje go. Brzmienie – choć dalekie od klasycznie szwedzkiego – ma w sobie sporo ognia i temperatury. Nie jest to norweski czy fiński chłód. Pomimo tego sporo tu przestrzeni, co zaliczam na plus, bo dzięki temu krążek – sam w sobie oszczędny i prosty – jest dużo ciekawszy. I tak chyba powinienem go podsumować: ciekawy. Tak, świata nie zawojuje, ale jest pozycją wartą uwagi. W zasadzie nie zauważyłem, bym się choć przez chwilę nudził, bo o uwagę słuchacza dbają różnice pomiędzy numerami. Z drugiej strony, nic mnie tu nie porwało na tyle, bym miał często wracać. Mam jednak nadzieję, że Mondocane nie poprzestanie na jednym materiale, bo ciekawość tego, co przyniesie przyszłość, została rozbudzona.


Mondocane – „Dvala”. Fallen Temple, 2021.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz