wtorek, 4 stycznia 2022

Za głosem serca.

 

Na początku listopada 2021 roku pisałem, że jeśli idzie o Asenheim, to mam ciągłe zaległości. Tym tekstem wreszcie się z nich odkopię, nie wiem jednak na jak długo, bo Niemcy wydają często. Dość powiedzieć, że w listopadzie pisałem o ich szóstym albumie, który wydali w marcu poprzedniego roku. Dziś piszę o siódmym, który światło księżyca ujrzał kilka miesięcy później, bo w październiku. Bardzo Niemcy przyspieszyli, co nie zawsze jest dobre, jednak w ich przypadku ilość idzie w parze z jakością. „Wohin das Herz uns führt”, bo tak zatytułowany jest siódmy album Asenheim, rewolucji nie przynosi, gdyż idzie drogą zespołowi dobrze znaną. Ale dzięki temu jest bardzo solidny.

Wiadomo, sprawa jest prosta. Jak dobrze czujesz się w jakiejś konwencji, masz doświadczenie w tworzeniu w określonym stylu, to najczęściej – przynajmniej do pewnego momentu – albo trzymasz wysoki poziom, albo wręcz idziesz do góry. W przypadku Asenheim mamy do czynienia z oboma zjawiskami. Przede wszystkim jednak, wiele się nie zmienia. Może, w jakimś minimalnym stopniu, Niemcy z albumu na album łagodnieją, ale to jest naprawdę promil ubytku mocy w stosunku do poprzednich wydawnictw. Stawiają chyba coraz bardziej na klimat, ale to jest właśnie ten element, który udanie rozwijają i dlatego uważam, że w swoim środowisku, na swojej ścieżce obranej dawno temu, wciąż się rozwijają. Stają się chyba też coraz bardziej nostalgiczni, o czym mogą świadczyć tytuły ostatnich dwóch krążków, ale to już zapewne kwestia wieku. A poważnie, to mam wrażenie, że to kolejny album Niemców, mówiący o sprawach im bliskich, ważnych dla nich. I nie tylko ze względu na tytuł, ale i samą muzykę. Tę emocjonalność, szczerość i naturalność tu słychać. Przede wszystkim słychać jednak rzeczy dobrze znane z poprzednich krążków zespołu. I nie ma w tym nic złego, bo dzięki temu znowu mamy tu las, mrok, księżyc i trochę średniowiecznego mistycyzmu. Niemcy stosują te same, szerokie środki wyrazu, słyszymy więc akustyczne gitary, klawisze, czyste wokale. Obok tych aranżacyjnych wzbogaceń (całkowicie oczywistych dla Asenheim) jest i klasyczny black metal, często bardzo agresywny, w większości jednak utrzymany w tempach średnich. I przesycony melodyką, która także buduje specyficzny, mistyczny i historyczny klimat. Powoduje też, że jest to album bardzo przyjemny do słuchania, ale na szczęście nie wrzuca go do worka plastikowych wydawnictw. To wszystko wynika oczywiście z faktu, że niemiecki duet idzie tą samą droga i zna ją świetnie. Dzięki temu siódmy album – choć nie jest niczym ponadczasowym, czy szczególnie odkrywczym – można uznać za bardzo udany, solidny i potwierdzający pozycję zespołu. I choć poprzednik podobał mi się trochę bardziej, jestem pewien, że i ten w przyszłości będzie mi czasami towarzyszył w leśnych spacerach. Bo w odpowiednich okolicznościach taka muzyka sprawdza się doskonale. Potwierdza też, iż pomimo iście stachanowskiego tempa wydawniczego, panowie wciąż mają cos ciekawego do zaproponowania. Dlatego czekam na kolejne krążki, choć mam nadzieję, że nieco zwolnią tempo, by łatwiej było mi nadążyć. 


Asenheim – „Wohin das Herz uns führt”. Narbentage Produktionen, październik 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz