środa, 5 stycznia 2022

Przywitanie i pożegnanie.

 

Jak już zapewne dobrze wiecie, nie jestem wielkim miłośnikiem death metalu. Dawno, dawno temu byłem, ale od tamtej pory gatunek ten mocno mi się przejadł i trudno znaleźć mi w nim coś, co mnie porwie i zatrzyma na dłużej. Pomimo tego sprawdzam większość ukazujących się death metalowych krążków – nie wiem, chyba bardziej z przyzwyczajenia, niż szczerej chęci. Trafiały się oczywiście w ostatnich latach takie zespoły, czy też albumy, które zostały ze mną do dziś i co pewien czas lubię ich posłuchać. Wymienię choćby Blood Incantation (tutaj) czy wspaniały „Dysangelium” Ensnared (tu). 2021 rok też objawił mi taki zespół i taki album. Cadaveric Fumes i „Echoing Chambers of Soul”. Ich pełnowymiarowy debiut, a zarazem ostatnie wydawnictwo.

Nie miałem wcześniej pojęcia o istnieniu tego zespołu, bo Francuzi trzymali się mocno na uboczu, wydając jedynie materiały mniejsze: epki, dema i splity. Jasne, fanatycy gatunku bez wątpienia ich znali, no ale właśnie, fanatycy… Gdy wreszcie panowie zdecydowali się na pełnowymiarowy debiut, który wypłynął na dużo szersze wody, postanowili też, że to ich ostatnie wydawnictwo. Cóż, szkoda, ale szat rwał nie będę. Fajnie, że choć „Echoing Chambers of Soul” udało mi się poznać. Bo będę do tego albumu wracał. Trzydzieści trzy minuty death metalu wybornego. Jest tu i klasyka lat dziewięćdziesiątych, jest nowoczesność gatunku w postaci lekko psychodelicznych, pokręconych pasaży gitarowych, które bardzo kojarzą mi się ze wspomnianym już Ensnared (zresztą, te dwa albumy mają wiele elementów wspólnych). Jest sporo melodii i atmosfery, ale i ogromna dawka agresji. Doskonałe, lekko przybrudzone, potężne brzmienie, w którym jest surowość dawnych mistrzów, ale i siła czystej mocy. Jest tajemniczy, lekko mistyczny klimat. Są szaleństwa na gitarach, nie wyłączając klasycznie kosmicznego wibratora. Jest to po prostu krążek bardzo złożony, bardzo rozbudowany i bogaty aranżacyjnie, choć naprawdę – wyraźnie słychać, że nikt tu Ameryki nie odkrywa, a starzy mistrzowie są dla zespołu ważnym elementem inspiracji. I właśnie te inspiracje, wrzucone do kotła pełnego brudu i ubrane w garnitur aranżacyjnych wariacji, sprawiają, że ten album jest tak ciekawy, tak dobry i tak wyśmienicie się go słucha. I nie ma się co bać stwierdzenia, że melodia odgrywa tu dużą rolę, bo nie jest to nic urągającego tak gatunkowi, jak i temu wydawnictwu. Dzięki temu spokój spotyka tu szaleństwo, zaduma agresję, a efekt końcowy powala porywającą muzyką. I choć trudno powiedzieć, by ten album zbudowany był na kontrastach, to jednak jest ich tu sporo. Ale pokazuje to tylko szerokość muzycznej wizji Cadaveric Fumes i rozmach, z jakim potrafią tworzyć. Mając to na uwadze, pozostaje mi jedynie ubolewać, że jest to krążek pożegnalny. Na szczęście mam do nadrobienia całą wcześniejszą twórczość, co z radością zrobię. Z radością także będę wracał do „Echoing Chambers of Soul”. Takiego death metalu potrzeba nam więcej! 


Cadaveric Fumes – „Echoing Chambers of Soul”. Blood Harvest, grudzień 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz