poniedziałek, 24 stycznia 2022

Poprzez labirynt dźwięków.

 

Angielski Pale Mist gościł do tej pory u mnie raz, przy okazji recenzji splitu z Belliciste (tutaj). Nie znaczy to jednak, że jest to projekt nowy, bo przecież istnieje od 2007 roku. Dyskografia obfituje w pomniejsze wydawnictwa, znajdziemy jednak w niej także trzy duże albumy. Ostatni, o którym przeczytacie poniżej, ukazał się w październiku 2021 roku i jest – w mojej skromnej opinii – opus magnum dotychczasowej twórczości Pale Mist. Glomor, człowiek stojący za projektem, nie należy jednak do ludzi zadowalających się aktualnym stanem rzeczy, prawdopodobnie więc następca „Through the Labyrinth and into Connectivity” będzie jeszcze bardziej złożony, jeszcze bardziej wciągający i jeszcze trudniejszy w odbiorze. Dziś jednak warto pochylić się nad trzecim albumem, który z jednej strony przystępny jest jak rozwścieczony tygrys, z drugiej – przez pryzmat starszych wydawnictw – jak uroczy szczeniak.

Choć pisałem dotąd jedynie o maleńkim wycinku twórczości Pale Mist, to znam ją całą. Dlatego też mogę Was zapewnić, że muzyczne oblicze projektu stało się przystępne bardziej. Bardziej, co nie znaczy, że bardzo. Bo nadal jest to muzyka trudna, pokręcona, połamana, lekko szalona. Właśnie, lekko, bo przecież wcześniejsze materiały miały w sobie tej dzikości i opętania więcej. Choćby w samych wokalach. Na „Through the Labyrinth…” wszystko wydaje się być łagodniejsze. Ponieważ jednak Pale Mist to Pale Mist, nadal jest to album, który wielu odrzuci po pierwszym przesłuchaniu, właśnie ze względu na swą nieprzystępność, brak jakiegokolwiek zacięcia do porywania, do tworzenia hitów, czy też choćby kompozycji wpadających w ucho. Od pierwszych sekund tego trwającego czterdzieści dziewięć minut dzieła jest jasne, że łatwo, lekko i przyjemnie nie będzie. Zapomnijcie o klasycznych, rytmicznych średnich tempach, zapomnijcie o tupaniu nogą i imprezowej motoryce. Tu wszystko jest połamane, zakręcone i zmienia się jak w kalejdoskopie. Wydatnie pomaga w tym wokal, który choć nie tak opętany w swym brzmieniu, to jednak sprawia wrażenie nagranego kompletnie obok muzyki. Łamie wszelkie rytmy gitar i perkusji, jakby był dorzucony całkowicie losowo. O dziwo, daje to interesujący efekt. Może w pierwszej chwili potrzeba trochę czasu, by się przyzwyczaić, ale kiedy już zrozumiemy, że to się nie zmieni i że tak właśnie jest ten album zbudowany, warto zwrócić uwagę na samą warstwę muzyczną. A ta jest naprawdę ciekawa. Sporo dobrych riffów, bardzo solidna praca sekcji rytmicznej. Brzmienie dość ciężkie, lekko przybrudzone, ale dalekie od najczarniejszych piwnic. Pale Mist gra klasycznie, bez wodotrysków, ale jeśli już wzbogaca aranżacje, robi to dobrze. Doskonale sprawdzają się chóry oraz damskie wokale. Ani jednych, ani drugich nie ma zbyt wiele, ale jeśli już są – to tylko brawa. Szczególnie żeńskie wokale robią tu robotę i klimat. Przede wszystkim jednak o obliczu tego albumu stanowi budowa kompozycji, czyli właśnie te wszystkie zmiany tempa, zakrętasy i wywijasy wynikające z wokalu płynącego obok reszty. Dzięki temu krążek jest posępny, mroczny i – jeśli nie dziki – to przesiąknięty psychicznym zaburzeniem. Trochę matematyczny, zarazem spontaniczny. Wiem, to na pozór nie przystające do siebie przymioty, ale tu właśnie tak to dla mnie brzmi. No i co najważniejsze: jest trudny. Serio. Pomimo tego jednak, warto po niego sięgnąć, dać mu szansę, zagłębić się i podjąć próbę rozgryzienia go. Nie będzie łatwo, ale nie będzie to też czas zmarnowany, bo „Through the Labyrinth…” ma w sobie masę uroku. Nawet jeśli to urok, który kojarzy się z oddziałem zamkniętym szpitala psychiatrycznego. 


Pale Mist – „Through the Labyrinth and into Connectivity”. Werewolf Promotion, październik 2021.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz