piątek, 7 stycznia 2022

Pasterze zarazy.

 

Peste Noire od kilku lat ma już coraz mniej muzycznie wspólnego z black metalem, nie zmienia to jednak faktu, iż albumy wydaje nadal bardzo dobre. Przyznam co prawda, że połowa pochodzącego z 2018 roku „Peste Noire – Split – Peste Noire” odrzuca mnie kompletnie, ale te kompozycje, które zawarte były w pierwszej części krążka, porywały. Najnowszy „Le retour des pastoureaux” to trochę inna bajka, bo choć black metalu tu chyba jeszcze mniej, to całościowo jest to krążek dużo lepszy od poprzednika.

Album ukazał się we wrześniu 2021 roku i jest już ósmym w dorobku Francuzów. Dla mnie osobiście jednym z lepszych, o ile nie najlepszym. Może być to kontrowersyjna teza, ale nie mam zamiaru zmieniać swego stanowiska. Wczesny okres twórczości Peste Noire nigdy mnie jakoś mocniej nie porywał, ot – solidny, klasyczny black metal, jakiego wiele. Albumy bez wątpienia dobre, momentami nawet bardzo, ale wciąż nic, co wznosiłoby się ponad – choćby i wysokie – standardy. Krążkiem, który tak naprawdę skradł me serce, był dopiero „La Chaise-Dyable” z 2015 roku, bo to na nim pojawiły się – obecne dość szeroko – elementy chuligańskiego rocka przesiąknięte duchem mocno zakrapianej imprezy w niezbyt eleganckiej knajpie. Doprawione ludowymi smaczkami, momentami wręcz banalnie prostymi i siermiężnymi, trafiły do mej słowiańskiej duszy bezbłędnie. To była muzyka bliższa ulicznej awanturze niż wzniosłemu przeżywaniu pośród leśnych ostępów. I tak jest i tu. „Le retour des pastoureaux” to siedem kompozycji, trwających prawie 35 minut. Nie będę pisał ile z tego to black metal, bo nie liczyłem, ale od czasu do czasu się pojawia. A jak już się pojawia, to jest najwyższych lotów, co oznacza tylko i wyłącznie, że zespół nie stracił do niego talentu i serca. Stawia w tej chwili na inne środki wyrazu, w których również sprawdza się doskonale. Dominuje tu więc Famine i jego głos, co witam z otwartymi ramionami, bo bardzo lubię, gdy ten pan śpiewa. Potrafi to robić i ma ten jego wokal duży urok. Dodaję do tego język francuski i jestem kupiony. Muzycznie sprawdza się tak we fragmentach black metalowych jak i tych rockowych, balladowych, folkowych, ludowych – nie wiem – nazwijcie to jak chcecie, bo ja nawet nie mam pojęcia czy istnieje jakieś fachowe określenie na takie granie. Może to i nawet metal, trudno jednak określić go mianem black. Wiem natomiast, że jest to granie wymykające się szufladkom i przyporządkowaniom. Pełne pasji, pełne całej gamy uczuć i odczuć. Wzniosłe, zarazem przepełnione smutkiem. Momentami epickie, wręcz rycerskie i bojowe, a zarazem proste, chłopskie i będące blisko ziemi. Famine mógłby być zarówno zbójem stojącym na rozstaju dróg, szlachcicem i pijaczyną, sikającym na środku ulicy. Bo tu jest wszystko. Wszystko to słychać i wszystko to da się odczuć. A przy okazji jest to podane w bardzo słuchalny i przystępny sposób, bo piosenki zaproponowane przez Peste Noire trafiają do serca i duszy szybko. Jak chleb do chłopskiej chaty, jak kolejna flaszka do ręki pijaka. A tym pijakiem może być każdy chłop i każdy szlachcic, każdy zbój i każdy rycerz. Uczucia zawarte na tym albumie są bowiem uniwersalne, każdy z nas ich doświadczał, dlatego też, choć teksty są po francusku – czuję jakbym tę opowieść doskonale rozumiał. Jakbym był jej częścią. Swoją drogą teksty są w Internecie dostępne, polecam. Warto. Sporo w nich wkurwienia: na świat, na rzeczywistość, na Francję. Trafia się też Citroen i Peugeot.

Bardzo dobry album. Bardzo życiowy. Epicki, wzniosły, zarazem przesiąknięty smutkiem i codziennością. Może i zbudowany na kontrastach, może i momentami prosty jak cep, może momentami oczywisty. Ale o niezaprzeczalnym uroku. Potrafi porwać, potrafi zaczarować, ale przede wszystkim daje do myślenia. Trudno przejść obok niego obojętnie. 


Peste Noire – „Le retour des pastoureaux”. La Mesnie Herlequin, wrzesień 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz