poniedziałek, 20 grudnia 2021

Weterani w wybornej formie.

 

Norweski Helheim to jeden z wciąż aktywnych twórczo weteranów, nie tylko tamtejszej sceny. Zaczynali na początku lat dziewięćdziesiątych i zdążyli do tej pory wydać jedenaście albumów. Dorobek imponujący, szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę, że jako jeden z nielicznych zespołów z tak długim stażem, wciąż są poważani w środowisku, a ich albumy trafiają do gustu tym, którzy kibicują im od początku działalności. Nie jest to częsta sytuacja, bo dobrze wiemy jak skończyło kilka północnych legend.

Helheim co prawda nigdy nie był jedną z czołowych norweskich nazw, ale może właśnie dlatego nie rozmienili się na drobne, tylko cierpliwie, trochę na boku, wypuszczali kolejne krążki, które zbierały i zbierają pozytywne recenzje. Pod koniec października pojawił się jedenasty album, zatytułowany „WoduridaR”. Jest on następcą bardzo udanego i dobrze przyjętego „Rignir”, który ukazał się w 2019 roku (o nim tutaj). I nie tylko chronologia o tym zaświadcza, bo i sama muzyka zawarta na najnowszym krążku ma z poprzednikiem wiele wspólnego. Helheim idzie tą drogą, którą oczywiście wyznaczył sobie już dużo wcześniej – bo nie zapoczątkował swego bardziej progresywnego i melodyjnego stylu na „Rignir” – a która wydaje się być dla Norwegów perfekcyjna. I choć użycie określenia „progresywny” mogłoby przynieść skojarzenia z Enslaved, to jednak nie jest to ten sam przypadek, bo Helheim jest wciąż zdecydowanie bliżej swoich korzeni, jest dużo bardziej black metalowy i klasyczny. Tym bardziej jeśli chodzi o „WoduridaR”, bo choć jest on w dużym stopniu kontynuacją stylu znanego z „Rignir”, to jednak znajdziemy tu więcej mocy, więcej stricte metalowego grania. Poprzednik był albumem dużo spokojniejszym, zawierającym kompozycje bardzo nostalgiczne, czasami wręcz smutne. Dominowały tam czyste wokale, które i tu występują w dużej ilości, ale bez wątpienia proporcje na ich korzyść „WoduridaR” zmniejszył. Jedenasty krążek norweskich weteranów pełen jest pięknych melodii, zachwycających riffów i doskonałych partii wokalnych, kojarzących się bardziej z rockiem niż black metalem, ale ma w sobie także dawkę agresji – i to całkiem sporą. Mam wrażenie, że pod tym względem jest dużo lepiej wyważony niż poprzednik, dużo lepiej zbalansowany i dzięki temu wszyscy, którzy lubią mocniejsze uderzenie, spojrzą na niego przychylniej, niż na „Rignir”. Nie ma to zapewne większego znaczenia dla twórców, bo oni nagrywają to, co czują. Nie ma to też znaczenia dla mnie, bo oba albumy bardzo mi się podobają. Jest w nich magia i piękno. Jest w nich iskra i „to coś”, co powoduje, że chce się do nich wracać. „WoduridaR” daleki jest od brudnych, piwnicznych produkcji, których słucham na co dzień, pomimo tego porwał mnie i zauroczył. I nie puścił, bo to krążek, który odkrywa się długo. Album, który oferuje bardzo wiele, ale nie wykłada na stół wszystkich kart podczas pierwszego rozdania. Do tego stołu trzeba zasiąść jeszcze wielokrotnie, by poznać wszystkie asy, które Norwegowie mają w rękawach. I ja zasiadałem bardzo chętnie, bo choć pokerzysta ze mnie kiepski, to – jak nałogowy hazardzista – nie potrafię odmówić. Szczególnie gdy ktoś gra tak pięknie. Album trwa prawie godzinę, ale jest wypełniony taką ilością wspaniałych aranżacji, momentów i melodii, niesie atmosferę tak urzekającą i pociągającą, że nie wiadomo nawet kiedy ten czas mija. I tak jest za każdym razem. Odważnym pomysłem jest umieszczenie tu zamykającego album utworu – nomen omen – „Hazard”. W oryginale wykonuje go Richard Marx, raczej nie kojarzony z black metalową sceną (sam musiałem sprawdzić kto to taki). W pierwszej chwili ten chwytliwy, energiczny (w oryginale nie jest taki) numer nie do końca mi pasował do całości, ale bardzo szybko złapałem się na tym, że utożsamiam go z „WoduridaR” w takim samym stopniu, jak pierwszą, trzecią czy piątą kompozycję. Bo wykonany jest doskonale i bardzo dobrze zgrywa się z poprzednimi dźwiękami.

Helheim po raz kolejny pokazał, że wciąż ma dużo do powiedzenia, że wysoka forma ich nie opuszcza. I po raz kolejny ich album jest dla mnie w czołówce rocznego podsumowania. „Rignir” co prawda w 2019 roku na liście dziesięciu najlepszych krążków się nie znalazł, jednak „WoduridaR” trafi tam bez wątpienia.


Helheim – „WoduridaR”. Dark Essence Records, październik 2021.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz