poniedziałek, 13 grudnia 2021

Talvikuu i Erkylä czyli Havukruunu.

 

Havukruunu to jeden z moich fińskich faworytów. Lubię całą ich dyskografię, ale to co zaprezentowali na wydanym w sierpniu zeszłego roku „Uinuos syömein sota”, podbiło me serce totalnie. Podbija do tej pory i niezmiennie uważam ten krążek za album 2020 roku (tutaj recenzja). Gdy więc pojawiły się informacje o nowym wydawnictwie, odtańczyłem taniec radości, zatarłem dłonie i czekałem. I nawet wieści o tym, że to tylko EP, że będą na niej stare kompozycje w nowych aranżacjach, nie zmąciły mojego dobrego nastroju. I słusznie, bo „Kuu erkylän yllä” to materiał wyborny, a numery te nigdy wcześniej nie były publikowane, więc traktuję go jako coś całkowicie nowego.

Sam zespół poinformował, że jest to powrót do początków działalności, że są tu także – poza starymi, zaaranżowanymi i nagranymi na nowo – kompozycje świeże. Nie ma to jednak w gruncie rzeczy większego znaczenia, bo przecież w jakimś stopniu wszystko tu jest nowe. Gdyby nie informacja od samego zespołu, nikt pewnie nie wiedziałby, że ma do czynienia z muzyką sprzed lat. Jest to także powrót w rodzinne strony, gdyż tytuł znaczy tyle co „Moon over Erkylä”, a Erkylä to miejscowość, w której Havukruunu zostało stworzone (pierwsza nazwa zespołu brzmiała Talvikuu i taki tytuł nosi ostatni utwór). Wiemy już więc gdzie i kiedy jesteśmy, czas powiedzieć o tym, co nas tam spotyka. A spotyka nas pięć kompozycji trwających łącznie prawie trzydzieści pięć minut. Jest to więc EP dość okazała. Materiał utrzymany jest w jednorodnym stylu, nie ma obaw, że nagle pojawią się rzeczy kompletnie oderwane od dzisiejszego oblicza zespołu. Trudno jednak nazwać go kontynuacją doskonałego „Uinuos syömein sota”, co wynika zapewne z faktu, iż fundamenty tych numerów powstały dużo wcześniej. Nie ma tu więc tak bogatych aranżacji, takiego spektrum użytych środków. Dla mnie jest to rzecz wpasowująca się w okres pomiędzy pierwszym a drugim albumem, gdy Havukruunu miało w sobie mniej melodii i porywających riffów, a więcej mroku i agresji. Tak, trafimy tu także chóry, czyste wokale i sporo melodii, ale nie jest to taka dawka jak na poprzednim materiale. Wszystko to powoduje inny odbiór tych utworów, bo nie porywają i nie trafiają do serca tak szybko. „Kuu erkylän yllä” wymaga więcej czasu, nie jest tak oczywistym i na pierwszy rzut ucha wspaniałym dziełem. Ale wystarczy dać mu kilka odsłuchów więcej, by zrozumieć jak bardzo jest to materiał zakorzeniony w DNA zespołu, jak bardzo jest to 100% Havukruunu w Havukruunu. Finowie, nawet jeśli grają trochę inaczej, rezygnują z pewnych zabiegów aranżacyjnych, decydują się na mniejszą ilość ozdobników, to i tak grają tak rozpoznawalnym, swoim stylem, że nie można ich pomylić z kimkolwiek innym. To jest ogromna siła zespołu i tego wydawnictwa. Jestem pewien, że gdyby chcieli, materiał ten brzmiałby jak „Uinuos syömein sota”, ale nie brzmi, bo zespół chce nim pokazać co innego. Wrócić w jakimś stopniu do korzeni, ale zabrzmieć na tyle dzisiejszo, by nie było to tylko wydawnictwo typu „sentymentalny powrót do początków obliczony na zawartość waszych portfeli”, a raczej coś, co połączy oba te światy i w ciekawy sposób zepnie klamrą działalność twórczą zespołu. Ale przede wszystkim są to po prostu bardzo dobre utwory, których słucham z prawdziwą przyjemnością. I to jest tak naprawdę najważniejsze. 


Havukruunu – „Kuu erkylän yllä”. Naturmacht Productions, październik 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz