piątek, 3 grudnia 2021

Spontaniczna mogiła.

 

Portugalię trudno określić wylęgarnią black metalowych (czy wręcz metalowych) potęg, do pewnego momentu trudno było komukolwiek wymienić jakąś nazwę poza Moonspell. I choć te czasy dawno minęły, nadal nie jest to dla najczarniejszej ze sztuk ziemia bardzo żyzna, ale co pewien czas trafia się nazwa warta uwagi. Tak jak Morte Incandescente, tamtejsi weterani, o których usłyszałem pod koniec września, gdy Signal Rex przysłała promo ich piątego albumu. Piątego! A ja nigdy nawet nie otarłem się wzrokiem o tę nazwę.

Piąty krążek po pięciu latach od wydanego w 2016 roku „…o Mundo Morreu!”. Po drodze było jeszcze demo i split, zresztą, pomniejszych wydawnictw zespół ma na koncie więcej, bo znajdziemy tu jeszcze jedno demo, epkę i cztery splity. Dyskografia dość bogata, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę, że obaj muzycy udzielają się jeszcze w innych zespołach (za dużo ich by wymieniać, polecam Metal Archives), które też nie próżnują. W końcu to weterani, mogło się tych projektów przez lata nagromadzić. Ale dziś skupiamy się na Morte Incandescente i ich najnowszym dziele zatytułowanym „Vala Comum”. Tytuł znaczy tyle co „zbiorowa mogiła”, ale trudno powiedzieć, by muzyka w niej zawarta była pełna trupów i zgnilizny. Owszem, Portugalczycy grają dość surowo, lekko szaleńczo i bez wątpienia niesamowicie spontanicznie, ale nie jest to jakaś niezwykle głęboka piwnica. Trudno całościowo określić ten album, bo on ma swoje etapy. Raz jest bardzo prosto, dziko i do przodu, za chwilę bardzo diabolicznie i rytualnie (tu doskonałą robotę robią wokale), by wreszcie dojść do momentów lekkich i sprzyjających swobodnej wyobraźni i zadumie. Co prawda tych ostatnich jest tu najmniej, nie zmienia to faktu, że duet prezentuje szerokie spektrum aranżacji. Podstawą jest black metal, ale trafiają się riffy thrashowe czy wręcz heavy metalowe. Brzmi to tak, jakby panowie mieli cały worek pomysłów i inspiracji, i czasami wyciągali z niego kompletnie na ślepo i dokładali do poprzedniego elementu. Nie jest to w gruncie rzeczy nic złego, bo efekt końcowy jest ciekawy, po prostu nie pozwala to jednoznacznie określić muzyki Morte Incandescente. Dla mnie ten krążek to trochę jak zapis próby, na której trwa nieskrępowana niczym wymiana pomysłów, i większość z nich jest akceptowana i od razu nagrywana. Zwolennikom ładu może to nie podejść, ale ja lubię gdy w kompozycjach słychać spontaniczność i pierwotny zapał, dlatego mi to nie przeszkadza. Ba, mnie to wręcz cieszy, bo słuchając „Vala Comum” nawet po raz któryś tam, jestem co chwilę zaskakiwany. Muzycy łamią sporo schematów, stosują nagłe zmiany tempa, klimatu, atmosfery czy wręcz przekraczają granice gatunków. I wszystko to czynią trzymając się konwencji black metalu. Ale to co urzeka mnie równie silnie, to użyty tu język portugalski. Nie jest to częsta sprawa, sprawia mi więc sporo przyjemności, bo okazuje się, że do podziemnego, dość surowego black metalu pasuje całkiem dobrze.

Jestem na tak. Nie zawojuje ten krążek sceny, nie będzie opiewany przez potomnych, ale stanowi świadectwo zapału dwóch prawdziwie oddanych muzyce facetów, którym nadal się chce. I to naprawdę tu słychać! Album ukazał się na CD, winylu i kasecie, więc jeśli komuś będzie zależało, powinien go bez kłopotu dostać.


Morte Incandescente – „Vala Comum”. Signal Rex, październik 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz