środa, 15 grudnia 2021

Piękna pustka.

 

Livløst to dla mnie nazwa nowa. Norweski duet (ta kwestia jest do wyjaśnienia: zdjęcie na Metal Archives przedstawia dwóch panów, jednak już zakładka „members” podaje tylko jednego członka) ma na koncie już trzy albumy, ja znam tylko ostatni, pochodzący z tego roku „Symphony of Flies”. Wydany we wrześniu i trwający czterdzieści minut krążek to sprawa lekko skomplikowana, choć bez wątpienia warta uwagi. Nie odniosę tego dzieła do poprzednich, nie wiem nawet czy tych wcześniejszych będę miał czas posłuchać, wiem jedynie, że ten z jednej strony mnie zachwycił, z drugiej lekko oszukał. Nie był to może klasyczny one night stand, bo spędziliśmy kilka wieczorów wspólnie, boję się jednak, że jakiegoś szczególnie bliskiego i długotrwałego związku z tego nie będzie. Ale po kolei.

Trzeci krążek norweskiego projektu to album, który w pierwszej chwili porwał mnie całkowicie. I gdyby nie fakt, że mogłem go słuchać jedynie w sieci (za czym szczególnie nie przepadam), to zapewne spędziłbym z nim wtedy dużo więcej czasu. Jednak już tych kilka pierwszych odsłuchów wystarczyło, by odkryć dwie rzeczy. Po pierwsze, że jest to dzieło faktycznie szybko wpadające w ucho, mogące porywać i podobać się, bo nie da się ukryć, że „Symphony of Flies” to jeden z bardziej chwytliwych krążków tego roku. Z drugiej strony jednak, szybko mi się osłuchał i pierwszy zachwyt zmienił się w uczucie, że wszystko już tu znam, nic mnie nie zaskoczy i pomimo swej atrakcyjności, zaczął wydawać mi się oczywisty i nie miałem wielkiej ochoty by do niego wracać. Dałem sobie więc czas, zostawiłem pisanie o nim na później. Nadal nie mam go na CD, ale udało mi się pozyskać mp3, zagościł więc w odtwarzaczu i wrócił do częstszych odsłuchów. No i cóż, niestety spostrzeżenia nadal te same. Fajnie się tego słucha, bo Livløst wie jak przykuć uwagę słuchacza, problem w tym, że chyba nie do końca potrafi go przy sobie zatrzymać. Nie twierdzę, że tak będzie ze wszystkimi odbiorcami, ja po prostu wolę krążki, które poznaje się dłużej, są wymagające, nie dają wszystkiego od razu. Dlatego też polecam „Symphony of Flies”, bo jestem pewien, że wielu zostanie z nim na dłużej. Ja pewnie co jakiś czas będę wracał, bo nawet to, że znam go już na wylot, nie zmienia faktu, iż czterdzieści minut z nim spędzone, to naprawdę przyjemny muzycznie czas. Można w jego towarzystwie wykonywać wiele innych czynności, bo naprawdę nie jest szalenie absorbujący. Livløst to teoretycznie black metal i taką informację znajdziecie na Metal Archives (dorzuconego tam jeszcze „dungeon synth” na pewno nie można odnieść do ostatniego albumu), ale daleka jest ona od precyzji. Długo można wymieniać wszystkie wpływy, które da się tu usłyszeć i nie ma to większego sensu, bo mieszanka jest naprawdę ogromna, ale przygotowana bardzo profesjonalnie. Mam zresztą nieodparte wrażenie, że zostało tu zrobione wszystko, by ten krążek był jak najbardziej słuchalny. I stąd taka mnogość wpływów. Generalnie jest raczej szybko, tanecznie, momentami klimatycznie, przede wszystkim jednak jest melodyjnie i chwytliwie. Gdyby nie lekko chropowate brzmienie, mógłbym pomyśleć, że ktoś tu aspiruje do Nuclear Blast. Fajne są czyste wokale, fajne są klawisze, fajne są wreszcie riffy. Fajne są melodie i fajne są aranżacje. No wszystko tu jest fajne i tak naprawdę nie ma się do czego przyczepić, poza tym, że właśnie za dużo rzeczy tu jest fajne. Bo to podobno ma być black metal, a on nie ma być fajny. Dlatego też dla mnie Livløst z black metalu czerpie jedynie energię i ekspresję, ubiera je jednak w obce dla tego gatunku środki wyrazu. Efekt jest naprawdę solidny, ale jednak ulotny.

Powiem tak: najwięcej głębi ma doskonała, prosta i nieprzekombinowana okładka.


Livløst – „Symphony of Flies”. Dusktone, wrzesień 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz