środa, 29 grudnia 2021

Niebiańskie panie lekkich obyczajów.

 

Po udanym demo miałem nadzieję, że Amerykanie z Beastlurker pozostaną pod skrzydłami Godz Ov War Productions i to z jej logiem ukaże się ich pierwszy duży krążek. Tak też się stało, co cieszy mnie z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że – jak już wiem – jest to album bardzo solidny, a dzięki staraniom Grega, nie przepadnie w zalewie innych wydawnictw. Po drugie dlatego, że wzmocni katalog wydawniczy Bogów Wojny, a jest to wytwórnia, którą szanuję i życzę jej jak najlepiej, choć nie wszystko co Grzegorz firmuje swoją nazwą, jest moja bajką. I tu po trzecie: Beastlurker w dużej mierze nią jest i dlatego cieszę się, że i takie krążki znajdziemy w katalogu GOWP.

Dlaczego w dużej mierze a nie w całości? Wiecie dobrze, że moją codziennością jest leśny lub piwniczny black metal, a pomimo sesji zdjęciowej w (chyba) piwnicy, Beastlurker nie bardzo się w tej grupie mieści. Amerykanie grają black/death metal, który także lubię, nie jest on po prostu moim numerem jeden. Trzeba jednak zauważyć, że w porównaniu do debiutanckiego demo (o nim tutaj), pierwszy pełny krążek jest dużo bardziej black niż death. Jest też dużo bardziej zajmujący, bogaty pod względem aranżacyjnym i uporządkowany. Demo miało w sobie sporo pierwotnego chaosu, lekkiego bałaganu twórczego, a tu wszystko jest na swoim miejscu, ma jakiś cel. Zespół znalazł chyba swoją drogę, trochę w swoim graniu okrzepł, czego efektem jest materiał dużo, dużo bardziej dojrzały. W grudniu 2019 roku, przy okazji „Sanguine Elixir of Psychotropic Divination” pisałem, że: „…papiery na zrywające berety granie są, a jak są papiery, to już jest połowa sukcesu”. Nie jestem do końca pewien, czy mój beret został tym albumem zerwany, bo najzwyczajniej w świecie nie noszę tego nakrycia głowy, pewnie jednak gdybym nosił, byłby w połowie z głowy zsunięty. Czyli nie jesteśmy jeszcze tam, gdzie chcielibyśmy być, ale na dobrej drodze. Bo z „Celestial Henchwhores Aflame” jest tak: tu wszystko się zgadza pod względem technicznym, aranżacyjnym, kompozycyjnym, brzmieniowym itd. Brakuje tylko tego jednego, maleńkiego, mitycznego, aczkolwiek bardzo ważnego składnika, określanego bardzo precyzyjnie, czyli „tego czegoś”. Tej iskry geniuszu, która wyróżnia pewne albumy z całej masy innych. Tej iskry, która decyduje o tym, że do albumu chcemy wracać co chwilę, bo ona nas zaczarowała. Tutaj mi jej brakuje, choć nie chcę niczego odbierać pełnowymiarowemu debiutowi zespołu z Chicago, bo jest to rzecz bardzo solidna. Trwa jednak prawie pięćdziesiąt minut, a to trochę długo jak na krążek bez magicznej siły. Nie zmienia to faktu, iż muzycy starają się nas zająć swoją twórczością, bo bardzo płynnie zmieniają nastrój, klimat czy też tempo. Wszystko brzmi naturalnie, bardzo ostro i potrafi kaleczyć jak brzytwa. Tak, brzmienie tego albumu jest bardzo dobre, i to ono właśnie kieruje ten krążek najbardziej w stronę black metalu. Jednak same riffy, ciężar czy też aranżacje, mówią nam jasno: Beastlurker lubi death metal i jest to dla niego spory kawał inspiracji. Po raz kolejny jednak – bo tak też było w przypadku demo – panowie bardzo dobrze łączą ze sobą te dwa gatunki, co powoduje, iż fani takiego grania na pewno docenią „Celestial Henchwhores Aflame”. I słusznie, bo to bardzo solidny, przyzwoity album, który potrafi zaciekawić nawet mnie, choć przecież to nie do końca moje granie. Ja czekam tylko na jeszcze większe natchnienie i iskrę boską podczas procesu tworzenia kolejnego albumu. Wtedy mój beret bez wątpienia znajdzie się na podłodze.

Beastlurker – „Celestial Henchwhores Aflame”. Godz Ov War Productions, sierpień 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz