niedziela, 19 grudnia 2021

[ARCHIWUM90] #14: Marhoth.

 

Dziś znowu lądujemy na północy Polski. Jak dotąd jest to chyba najpopularniejszy region w tym cyklu. Tym razem jednak nie w Trójmieście, a na Mazurach. Konkretnie w Ostródzie, gdzie kiedyś spotkać można było Marhoth. Było to dawno temu, gdy po Ostródzie chodziły także białe niedźwiedzie (przynajmniej w opinii wielu ludzi z zachodu, czy zza oceanu), na szczęście jednak to Marhoth był bytem realniejszym w tamtych stronach, i zdołał wydać kilka materiałów. Poniższy tekst wyjątkowo nie będzie traktował  o jednym konkretnym wydawnictwie, tylko o zespole.

O zespole, nad którego rozpadem bardzo ubolewam. W mojej opinii był to jeden z najciekawszych polskich tworów tamtych lat. Wymykał się ramom i szufladkom, a były to przecież czasy gdy grało się raczej standardowy black metal. Chodziło o nienawiść, zło, śmierć, diabła, szatana i jak najbardziej podziemny i prawdziwy wizerunek. Niektórym może wydać się to zabawne, ale wtedy dla nikogo nie było. Wszyscy traktowali to jako coś oczywistego. I z tego wyścigu zbrojeń Marhoth sam siebie wypisał. Najbardziej znanymi zdjęciami zespołu nie są te w makijażach i bojowym rynsztunku. Okładki nie epatują odwróconymi krzyżami, czy muzykami ziejącymi ogniem. Muzyka też nie jest najszybsza, najbrutalniejsza i najbardziej nienawistna na świecie. Jest za to pełna klimatu, atmosfery, nieoczywistych aranżacji, ciężaru i magicznego czaru. Wszystko to wyróżniało Marhoth i przykuwało do nich uwagę, niestety, nigdy nie przełożyło się to na większą „karierę”. Zespół wydał dwa dema: „Wolfmoon” (1995; kaseta, wydanie własne) i „Szkarłatna kropla rosy” (1996; kaseta, wydanie własne). Zagościł też na splicie „Sovereigns of Northernlands” obok North i Grom (ktoś jeszcze pamięta taką nazwę?), wydanym na CD przez Astral Wings Records w 1998 roku. Ostatnim aktem twórczym był cover Kata („Diabelski dom”; świetne wykonanie), który miał znaleźć się na kompilacji poświęconej polskiej legendzie, jednak się nie znalazł. Jednym z filarów Marhoth był Thoarinus, znany przede wszystkim z Sacrilegium, ale także z Christ Agony czy Nox Lunaris. Pozostali muzycy to Orias i Draconis Ath Chort. Udało im się stworzyć coś, co w tamtym okresie u nas było rzadkie. Marhoth doskonale łączył black metalową agresję z doom metalowym ciężarem. Nienawiść ze smutkiem. Melancholię i tęsknotę z bluźnierstwem. Dominowały tempa średnie i wolne, ciekawe riffy okraszone melodiami oszczędnymi, ale wyrazistymi. Wokale były bardzo mocną stroną zespołu, wnoszącą do twórczości Marhoth sporą dawkę szaleństwa. Panowie oszczędnymi środkami doskonale potrafili budować wyjątkową atmosferę. Słychać to szczególnie na drugim demie, bo pierwsze jest jednak mocniej osadzone w graniu bardziej bezkompromisowym. Mocniej, jednak też posiada w sobie dużo mistycznego, melancholijnego klimatu. Słuchając obu materiałów w porządku chronologicznym, zauważalny jest spory rozwój, oraz tendencja do porzucenia brutalności na korzyść atmosfery. I wyszło to bardzo dobrze. Teraz można jedynie gdybać co usłyszelibyśmy na kolejnym wydawnictwie, nie ma to jednak najmniejszego sensu. Ja cieszę się, że po Marhoth pozostały choć te dwa dema. Szkoda, oczywiście, bardzo szkoda, że nic więcej, ale taki los. Zespół – wedle słów Thoarinusa – zawsze miał pod górkę. Niestety w którymś momencie górka okazała się już za wysoka i Marhoth dokonał żywota.

Na zdjęciu poniżej zobaczycie wydaną w 2015 roku kompilację „W Imieniu Marhoth…”. Zawiera ona oba dema oraz wspomniany cover Kata. Za wydanie odpowiedzialne są dwie wytwórnie: Witches Sabbath Records i Eastclan. Można ją także znaleźć w wersji kasetowej i winylowej. Polecam, CD krąży po naszych krajowych dystrybucjach. Naprawdę warto. Bo Marhoth zespołem był wyśmienitym.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz