niedziela, 5 grudnia 2021

[ARCHIWUM90] #12: Immortal - "Pure Holocaust".

 

Jeszcze kilkanaście lat temu, chcąc w tym cyklu zaprezentować wam najważniejszy dla mnie album Immortal, wróciłbym po raz kolejny do 1995 roku i pisał o „Battles in the North” (swoją drogą – jak dobry był to rok!). Obecnie jednak, gdy ktoś pyta mnie o ulubione dzieło Abbatha i Demonaza, bez wahania wymieniam „Pure Holocaust”. I choć do bitew pewnie tu jeszcze wrócimy – bo to dla mnie nadal bardzo istotny krążek - dziś cofamy się do 1993 roku i drugiego albumu zespołu z Bergen. Postaram się natomiast nie odnosić do dzisiejszej sytuacji obu filarów zespołu, bo nie jest to najlepszy z możliwych wątków, choćby dlatego, że Abbathowi bliżej teraz do brukowców szukających sensacji, a muzyka Immortal umarła dawno temu (ostatni krążek, już bez pandy klauna był niezły, ale szybko straciłem ochotę na wracanie do niego). Przeszłość była jednak chwalebna.

Lata dziewięćdziesiąte to złoty okres zespołu, pierwsze trzy albumy są pomnikami gatunku, a i czwarty nie jest przecież kiepski, choć mocno pod wpływem death metalowych mistrzów z Morbid Angel (tak to jest jak się za dużo czasu spędzi razem w trasie). Na deser mamy jeszcze „At the Heart of Winter”, będący powrotem do najlepszych tradycji Immortal. I tu cała historia mogłaby się zakończyć, choć wiem, że wielu jest takich, co i późniejsze albumy bardzo szanują. Ja już mniej. Mi wystarczy pierwsza dekada działalności zespołu. Intrygujący i wielce obiecujący debiut „Diabolical Fullmoon Mysticism” ze wspaniałym zakończeniem, przebojowy i porywający – choć będący niesamowitą nawałnicą – „Battles in the North” i właśnie ten, który pomiędzy nimi. „Pure Holocaust”. Łączący je w najlepszym możliwym stylu. Będący wykładnią gatunku, jednym z jego kamieni milowych i zawierający choćby takie perły jak „The Sun No Longer Rises” czy „As the Eternity Opens”. Drugi album Immortal to kontynuacja debiutu, na którym mieliśmy do czynienia z rasowym, podziemnym graniem, rozwijająca ten styl w kierunku większej przystępności, choć trudno o tym albumie mówić w kontekście jakiejkolwiek medialności czy złagodzenia wizerunku. Tu nadal jest zimno, agresywnie i surowo, pojawiają się jednak elementy chwytliwe, takie, które potrafią słuchacza zachwycić czy porwać. Tego na debiucie praktycznie nie było, w dużej natomiast ilości pojawiło się na trzecim krążku. Ale w przypadku „Pure Holocaust” to tylko lepiej, bo dzięki temu album ten jest doskonale wyważony. Szybki, agresywny, rasowy i klasyczny black metal. Okraszony doskonałymi melodiami i wspaniałym brzmieniem. W mojej opinii żaden ich album nie brzmi tak kanonicznie jak właśnie ten. To generalnie jeden z lepiej brzmiących krążków w historii gatunku. Mógłby uchodzić za wzór. Wszystko to razem daje nam album praktycznie perfekcyjny. Nie wiem czy ktokolwiek mógłby się tutaj do czegokolwiek doczepić, ja w każdym razie takiego aspektu nie widzę. No dobra, może okładka, choć paradoksalnie – biorąc pod uwagę, że Immortal nigdy nie był mistrzem w tej kwestii – ta jest jedną z lepszych, poza tym bardzo dobrze wpisuje się w trend tamtych lat (pamiętacie chyba okładki Darkthrone?). Podobne zdania można by zapewne wygłosić na temat „Battles in the North” i nie byłyby one oczywiście przesadą, jest jednak jeden czynnik, który w mojej opinii decyduje o wyższości „Pure Holocaust”. A właściwie dwa. Po pierwsze brzmienie, które na dwójce jest po prostu brudniejsze i bardziej klasyczne. Po drugie: czas. Dzisiejszy bohater broni się po latach dużo lepiej. Nigdy nie był takim przebojem jak jego następca, ma więc wciąż coś do zaoferowania i coś do odkrycia. Nawet jeśli to tylko sekundy, maleńkie fragmenty utworów. Ale to zawsze coś. A bitwy… tak, nadal słucha się ich doskonale, jednak tam człowiek zna na pamięć każdy dźwięk, każde uderzenie w werbel. I dlatego polecam waszej uwadze ten – mam takie wrażenie – lekko niedoceniany album norweskich bluźnierców (powodem może być czas wydania i ówczesna dostępność, wielu z nas jako pierwsze usłyszało „Battles…”), bo większej klasyki łatwo nie znajdziecie. To przecież po tym albumie słońce już nigdy nie wstało nad Bergen!


Immortal – „Pure Holocaust”. Osmose Productions, 1993.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz