sobota, 6 listopada 2021

Tęsknota za krajem.

 

Nie wiem z czego to wynika, ale w przypadku Asenheim, mam ciągłe zaległości. Sam zespół poznałem pod koniec tamtego roku, więc już na starcie byłem na przegranej pozycji, bo istnieją piętnaście lat. Ale i od tamtego momentu mam problem z nadążeniem za Niemcami, bo zdążyli w tym roku wydać już dwa albumy, a ja piszę dopiero teraz o pierwszym z nich. Dość powiedzieć, że w styczniu recenzowałem „Der Geist des Waldes” (ukazał się w lipcu 2020; tutaj o nim), a panowie już w marcu wypuścili kolejny, szósty krążek. Dziś mamy listopad i kilka dni temu pojawił się siódmy album, którego jeszcze nawet nie miałem okazji całego przesłuchać. Zostajemy więc przy marcowym wydawnictwie zatytułowanym „Heimweh”.

Jak już wspomniałem, jest to szósty album w dorobku Asenheim. Niemcy nie próżnują, rzadko zdarza się wydanie trzech pełnych krążków w ciągu szesnastu miesięcy. Mogłoby to zaowocować obniżeniem lotów i odbiciem się na jakości, na szczęście nie w przypadku Asenheim. Mam wręcz wrażenie, że „Heimweh” momentami przerasta swego poprzednika, a już na pewno mu dorównuje. To oczywiście kwestia subiektywnej oceny, bezsporne jest jednak to, iż kontynuuje styl znany z „Der Geist des Waldes”. Rozwija go i wzbogaca, mam wrażenie, że więcej tu zmian aranżacyjnych. Częstsze zmiany klimatu i atmosfery, nie wiem czy dobrym określeniem będzie, iż jest to album bardziej atmosferyczny, bo tego określenia nie lubię, poza tym – Asenheim wciąż gra klasyczny black metal, który po prostu mocno wzbogaca. Dostajemy więc znowu wstawki akustyczne, klawisze, czyste wokale, flety i sporo innych zabiegów, które budują klimat tych prawie czterdziestu minut. Ale po raz kolejny, jest to przede wszystkim bardzo dobry, klasycznie potraktowany black metal. Niemiecki duet nie boi się prędkości, agresji, oszczędnych i zimnych melodii, i oczywiście klasycznych wokali. To kolejny album, który dobrze wpisuje się w niemieckie podziemie, bo byłby świetnym sąsiadem dla dokonań choćby Mavorim czy Eisenkult. Jest to zarazem dzieło, które w moim odczuciu stawia zespół w czołówce niemieckiej sceny. Inaczej – nie tylko ono oczywiście, bo już choćby wcześniejszym na to zasłużyli. „Heimweh” tę pozycję potwierdza. Nie wiem jeszcze czy wydany w październiku, siódmy album tego nie zmieni, ale jestem pełen dobrych myśli. Bo Asenheim, pomimo stachanowskiego tempa pracy, wypuszcza rzeczy na bardzo wysokim poziomie. Nie jest to co prawda muzyka dla każdego, bo jeśli oczekujesz piwnicznego gruzu, to nie ten adres. Tutaj jest las, ciemna noc i przemykające tu i ówdzie leśne zjawy, duchy, diabły i demony. Tutaj są ścieżki, którymi nie każdy może kroczyć, bo spotkane byty mogą okazać się bardzo niebezpieczne lub zwodnicze. Tu jest pełnia księżyca, mglista polana i stary, zapomniany krąg w środku którego odbywa się przedwieczny rytuał. Tu jest wiara, która kiedyś była, a teraz czai się w mroku, ukryta ale wciąż żywa. Asenheim konsekwentnie idzie tą drogą, i bardzo dobrze, bo czuje się na niej świetnie. Tworzy doskonały soundtrack pod leśne, długie spacery i nie trzeba ich odbywać nocą. Choć takowe są bardzo przyjemne.


Asenheim – „Heimweh”. Narbentage Produktionen, marzec 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz