wtorek, 9 listopada 2021

Pożegnanie, hołd i podziękowanie.

 

Zmierzający powoli do końca rok jest muzycznie bogaty, ale i niesie ze sobą smutne wydarzenia. Muzyczne pożegnania. Ostatni album Necromantii, ostatni także Caverne (o tym w niedalekiej przyszłości). Grecy kończą działalność po ponad trzydziestu latach. Niby wszystko kiedyś się kończy, szczególnie w przypadku zespołów tak długo istniejących i będących aktywnymi, nie powinno to dziwić. A jednak – jeśli nawet nie dziwi – to na pewno smuci. W teorii ma to być tekst o wydanym niedawno ostatnim krążku „To the Depths We Descend…”, ale co z tego wyjdzie, nie wiem. Chciałbym by było to zarazem pożegnanie legendy, której pierwszą częścią był wczorajszy tekst o „Scarlet Evil Witching Black”. W jakimś stopniu się już z tą myślą oswoiłem, ale tak szczerze: czy można się oswoić z końcem istnienia czegoś, co towarzyszy ci prawie całe twoje muzyczne, świadome życie? Oby, bo pisać ciężko.

Piąty krążek w historii Necromantii pewnie nie byłby ostatnim, gdyby nie śmierć jednego z jej filarów. Baron Blood opuścił ten padół w listopadzie 2019 roku i tym samym pozbawił zespół połowy energii, pasji i oddania, bo przecież Necromantia to zawsze był duet. Magus i Baron. Od ponad trzydziestu lat. Ktokolwiek dorzucał coś od siebie, był tylko dodatkiem. Cennym, wnoszącym dużo, ale tylko dodatkiem. O tym wszystkim pisze we wkładce do „To the Depths…” Magus, tłumacząc fanom swoją decyzję oraz przybliżając kulisy powstania ostatniego albumu (mówi nawet o okładce, którą wielu – w tym ja - uważa za kiczowatą, a która ma jednak pewne symboliczne znaczenie). Do stworzenia go zaprosił ludzi, których szanuje oraz takich, którzy już w przeszłości z zespołem pracowali i znali Barona. Chciał, by było to jego pożegnanie. Przede wszystkim z Baronem (druga kompozycja mówi tylko o nim, padają tam nawet słowa osobistego pożegnania), ale i z fanami. By był to hołd. Dla Barona, ale i dla fanów. Dla tych, którzy oddali tej muzycznej legendzie sporo swego życia, byli nią inspirowani, fascynowali się i wspierali. Zespół miał lepsze i gorsze momenty, ale zawsze mógł liczyć na wsparcie oddanych słuchaczy, i za to wszystko Magus dziękuje tym krążkiem. Miał to też być, w jego założeniu, album poniekąd przekrojowy, zawierający elementy kojarzące się z całym okresem twórczej działalności zespołu. Miał reprezentować Necromantię 1989 – 2021 a nie tylko tę tegoroczną. Czy to się udało? Czy krążek ten spełnił wszelkie oczekiwania jego autora? Nie czuję się władny wydawać takich sądów, jedynym, który mógłby to uczynić, jest Baron Blood. I może kiedyś Magus pozna jego opinię, gdy znowu gdzieś tam się spotkają. Ja mogę tylko napisać, że to bardzo dobry krążek. Nie będę się na siłę zachwycał, tylko dlatego, że to ostatni, że sentyment, że łezka w oku. Tak, jest sentyment, jest łezka w oku, ale dałem sobie czas. Nie chciałem pisać na gorąco, nie chciałem by przemawiały przeze mnie wyłącznie emocje. Przesłuchałem go wielokrotnie, ochłonąłem, poukładałem to sobie wszystko i szczerze mogę stwierdzić, że Magus i jego koledzy wykonali kawał dobrej roboty. Jest to przede wszystkim album w dyskografii Necromantii wyjątkowy, bo nie ma ośmiostrunowego basu. Był nim Baron Blood i jak stwierdził sam Magus, tylko on mógł go nagrać. Dominują więc gitary, co jest dla tego zespołu czymś niespotykanym. Brzmią one jednak na tyle „neutralnie”, że ciągłość twórczej idei i samego zamysłu, jak i konceptu, można uznać za nieprzerwaną. To są gitary Necromantii basowej, nikogo innego. Są to też bez dwóch zdań jej kompozycje. Jest ich osiem, i faktycznie tworzą album przekrojowy. Już sam fakt nagrania w nowych wersjach dwóch klasycznych utworów („Lord of the Abyss” i „The Warlock”) jest jakimś tego wyznacznikiem, ale nie tylko. Dużo tu orkiestracji, klawiszowych pasaży czy też całych podkładów stanowiących kompozycje. Pojawia się nieśmiertelny saksofon znowu przynosząc magię. To znowu album bardzo bogaty aranżacyjnie, zróżnicowany emocjonalnie i w sferze klimatu. Jest odpowiednia dawka agresji, ale i atmosfery. Pod tym względem kojarzy mi się ten krążek ze „Scarlet…”, bo wszystko tu wydaje się być odpowiednio wyważone. Wszystkiego jest akurat. Bałem się o brzmienie, mając na uwadze ostatnie dokonania choćby Rotting Christ. Na szczęście nie jest plastikowo, nie jest cukierkowo. Nie jest też tak podziemnie jak w latach dziewięćdziesiątych, ale tego chyba nikt nie oczekiwał. Ja w każdym razie nie. Jedyne, czego oczekiwałem, to to, by Magus nie zbłaźnił tym albumem siebie, Barona i zespołu. By chcąc jak najlepiej uczcić pamięć przyjaciela nie przesadził. By nie popadł w patos, w zbyt podniosłe i wydumane dźwięki. Na szczęście tak się nie stało. 

Słucha się tego krążka bardzo dobrze, wracam do niego często, bo to kawał dobrej muzyki. Muzyki, która udanie podsumowuje trzydzieści lat legendy. I o tych trzydziestu latach pamiętajmy, wracajmy do starych dzieł, bo przecież warto. Chyba nikomu tego powtarzać nie trzeba. Dobrze się stało, że jeśli już Magus musiał się z nami żegnać, to zrobił to z klasą i na poziomie.

Necromantia. 1989 – 2021. Dziękuję.


Necromantia – „To the Depths We Descend…”. The Circle Music, październik 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz