poniedziałek, 22 listopada 2021

Perkele!

 

Wczoraj mogliście przeczytać o moim ulubionym krążku Impaled Nazarene, dziś o ostatnim albumie fińskiej załogi zniszczenia i perwersji. Zaskoczył mnie on jak śnieg w lipcu, choć ukazał się w maju, a ja poznałem go dopiero w październiku. Wiedziałem oczywiście, że został wydany, ale od kilku dobrych lat nie kręciły mnie kolejne wydawnictwa bluźnierców z Oulu. W jakimś sensie postawiłem już na nich krzyżyk. I to zapewne tak ich rozwścieczyło, że nagrali bardzo dobry album. A poważnie – bardzo się cieszę, bo naprawdę myślałem, że nic już tak mięsistego nie nagrają. A tu proszę, słucham, słucham i przestać nie mogę. Mogę tylko pluć sobie w brodę, że nie zainteresowałem się „Eight Headed Serpent” wcześniej. A Mika otwiera butelkę i śmieje się ze mnie z satysfakcją. Na zdrowie chłopie, oby więcej takich krążków!

To już ich trzynasty album! Jak ten czas leci. Pamiętam jeszcze zachwyty nad „Ugra – Karma” czy „Suomi…”, przecież to było wieczność temu! A oni nadal potrafią tak dobrze dołożyć do pieca. Gdzieś po „Pro Patria Finlandia” już tylko jednym okiem śledziłem co robią i żaden kolejny album nie był w stanie zatrzymać mnie na dłużej. Trzynastka jednak okazała się szczęśliwa i „Eight Headed Serpent” przypomina mi najlepsze chwile spędzone z muzyką tego zespołu. Tu jest ta sama moc, ta sama energia, ten sam dziki i szalony, młodzieńczy zapał, by być najbardziej ekstremalną kapelą na świecie. Brzmi ten krążek jak druga młodość zespołu, który już dawno powinien być na zasłużonej emeryturze, a który jej odmawia, co owocuje tak dobrym albumem. Ostatnie wydawnictwa były dla mnie mało wyraziste, nie miały w sobie charakteru, niczym się nie wyróżniały, a przede wszystkim bardzo przeciętnie brzmiały. Ten to zupełnie inna bajka. Jest wyrazisty, pełen mięsa i mocy, brzmi potężnie i porywa riffami. Pół godziny szalonej jazdy, zwieńczonej doskonałym, miażdżącym (ten bas!) „Foucault Pendulum”, który to w moich oczach wyrasta na drugi ulubiony wolny numer Impaled Nazarene. Wiadomo, „Blood is Thicker than Water” nie przebije żadna inna ballada, ale tu jest naprawdę blisko. Blisko jest też całościowo, bo trzynasty album Finów mocno kojarzy mi się z trzecim. Może wynika to z faktu, iż oba po prostu bardzo mi się podobają, ale bardziej prawdopodobnym powodem jest ten wszechobecny zapał i entuzjazm. Wróciły dobre pomysły, kompozycje – choć dalekie od skomplikowanych – porywają i absorbują uwagę. Mika brzmi świeżo, jakby upływ lat nie miał na niego wpływu. Dostajemy sporo rock’n’rolla, doskonale brzmi bas i gitary. Teksty jak zwykle nie zawodzą, bo jak zwykle nie ma żadnych świętości. No i pojawiają się obok siebie znowu słowa „Finland” i „perkele”, a to dla mnie gwarancja sukcesu. A wisienką na torcie jest oczywiście intro. To jest takie złoto, że brak słów. Można je znaleźć w sieci, bo to zapis autentycznego wypędzania demona przez amerykańskiego kaznodzieję. Polecam filmik, bo zabawa przednia.

Tak, zabawa przednia, choć nie potrzeba do niej ani demona, ani jego wypędzania, ani szarlatana ze Stanów. Tak naprawdę wystarczy odpalić „Eight Headed Serpent” i dać się ponieść. Nie jest to trudne, bo fińskie komando śmierci i bezeceństwa zaserwowało nam swój najlepszy od wielu, wielu lat krążek. Mam nadzieję, że utrzymają ten poziom w przyszłości, a nawet jeśli nie, to i tak trzynastka jest jak wygrana w totka.

Impaled Nazarene – „Eight Headed Serpent”. Osmose Productions, maj 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz