poniedziałek, 15 listopada 2021

Koniec pieśni.

 

Tydzień temu pisałem o ostatnim albumie Necromantii (tu), dziś będzie o ostatnim krążku Caverne. Czas pożegnań trwa, lecz o ile u Greków wskazywały na to wszystkie znaki na niebie i ziemi, tak ogłoszenie końca działalności przez francuski projekt, można traktować jako ogromne zaskoczenie. Nie wiem na ile ta informacja jest pewna – lub inaczej, bo w tej chwili wygląda na pewną – na ile Amertume (człowiek stojący za projektem) będzie się jej trzymał. Nie znam powodów tej decyzji, podejrzewam jednak, że są poważne, bo przecież Caverne był i jest powszechnie szanowanym projektem, tworzącym albumy bardzo dobre, istniejącym dopiero dziesięć lat, co znaczy, że mógłby jeszcze sporo krążków wypuścić. Wiem jedynie, że bardzo mi z tego powodu przykro, bo twórczość Francuza uwielbiam (na szczęście jest jeszcze Nécropole!), a gdy słucham ostatniego albumu to żal jest jeszcze większy. Bo to doskonałe dzieło.

„La fin de tous les chants". Koniec wszystkich piosenek. Taki tytuł nosi wydany w lipcu trzeci album Caverne. I nie pozostawia ten tytuł wielkich wątpliwości, w zasadzie żadnych. Pole do interpretacji może i spore, ale w świetle doniesień o końcu działalności, jedynie je potwierdza. Bardzo szkoda i bardzo żal. Po raz kolejny nie do końca wiem co napisać, zanim więc zacznę pleść bzdury bez ładu i składu, powiem krótko: koniecznie posłuchajcie tego krążka, bo jest wyśmienity. Najważniejszą informację mamy za sobą, dodam jeszcze tylko, że każdy album Caverne jest wyśmienity, więc na ocenę najnowszego nie wpływa fakt, że jest ostatni. Zdałem sobie sprawę, że wracam do niego najczęściej ze wszystkich tegorocznych wydawnictw i bardzo możliwe, że będzie to mój album roku. Caverne to, obok Cénotaphe, Nécropole i Véhémence, jeden z najlepszych francuskich projektów black metalowych. Kocham ten ich styl, pełen melancholii wymieszanej z agresją, tęsknoty z nadzieją, podniosłości z rozpaczą. Te wokale, które krzyczą smutkiem, krzycząc o rzeczach pięknych, lecz tak odległych. Ten język, który pasuje do wszystkich tych treści wręcz perfekcyjnie. Kocham te oszczędne, aczkolwiek poruszające i piękne melodie, tchnące smutkiem i tęsknotą za czymś, co raczej nie wróci. I tę agresję, wymieszaną z dzikością i szałem, która mogłaby wieść na barykady. Nikt w Europie nie potrafi stworzyć takiej mieszanki, tak charakterystycznej i porywającej, urzekającej a jednocześnie zmuszającej do refleksji, do zamyślenia. Dającej możliwość dalekich podróży, totalnego odpłynięcia. No nikt tego nie potrafi i nikt tego tak nie zrobi. Poza Francuzami, poza Cénotaphe, Nécropole (o ile i tu Amertume nie zakończy działalności) i Caverne. Ale Caverne już milknie. I to jest moi drodzy cios. Szczególnie po takim krążku. „La fin de tous les chants" to pięćdziesiąt minut muzycznej uczty. Pięć kompozycji, czy też piosenek, jak chciałby ich twórca, choć dla mnie to obraza dla tych utworów. Piosenki to może sobie nagrywać Maryla Rodowicz. Tu mamy do czynienia z długimi, rozbudowanymi, pięknymi kompozycjami, które potwierdzają wszystko to, o czym pisałem wcześniej. Amertume po raz kolejny czaruje, po raz kolejny dostarcza mieszankę emocji w swoim najlepszym stylu. Jest tu sporo momentów wybitnych, porywających, ale w swej większości jest to album niesamowicie refleksyjny. Może na taki, a nie inny odbiór, ma lekki wpływ świadomość, że to ostatni, ale nawet jeśli tak, to jest on bardzo znikomy, bo przecież wszystkie wydawnictwa Caverne takie były. Tutaj chyba po prostu twórca doprowadził to do perfekcji. Trudno jednak stwierdzić jednoznacznie, czy to najlepszy album w dyskografii projektu, bo gdy się nad tym zastanowić chwilę dłużej, to przecież Amertume zawsze stawał na wysokości zadania, poza tym: nie chcę takich osądów wydawać, bo zbyt łatwo zostać oskarżonym o wpadnięcie w pułapkę zasady „o zmarłym tylko dobrze albo wcale”. I dlatego nie mam zamiaru pisać tu hymnów pochwalnych, bo pomyślicie, że to tylko uprzejmość. Swoje wiem i to mi wystarczy. 

Spędziłem z tym albumem wiele godzin i nie żałuję ani sekundy. Spędzę kolejne godziny. I za każdym razem, gdy zaczyna się trzecia i ostatnia część zamykającej go kompozycji, pojawi się wzruszenie. Bo jest to przepiękne, instrumentalne powiedzenie słuchaczowi: „żegnaj, to koniec wszystkich piosenek”.

Caverne. 2012 – 2021. Dziękuję.


Caverne – „La fin de tous les chants". Résilience, lipiec 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz