środa, 10 listopada 2021

Helwetti znaczy piekło.

 

Za Finami ciężko nadążyć. Nie dość, że co chwilę ukazują się tam świeżutkie materiały w ilościach hurtowych, to czasami jednego z drugim weźmie na odkopanie czegoś, co od lat zalegało w kącie starej stodoły albo sauny. Tak właśnie jest w przypadku Helwetti. Wiem, niewiele wam pewnie ta nazwa mówi, i nie dziwi mnie to ani trochę. Mnie też nie mówiła dużo, dopóki Mikko Aspa nie wspomniał o niej na stronie Northern Heritage. Przy okazji zachwycając się i prawie umiejscawiając zespół w panteonie fińskich legend. Zespół, którego nazwa kojarzy się bardziej ze Szwajcarią, choć tak naprawdę znaczy „piekło”. Zespół, który wydał dwa dema i był bliski wydania pełnego albumu. Ponad dwadzieścia lat temu! Czas jednak nie gra roli, gdy mamy do czynienia z dziełami prawie legendarnymi, prawda?

Helwetti tworzyło trzech panów. Wszyscy związani byli z Warloghe. Jeden był etatowym członkiem tej znanej hordy, zasiadał tam za perkusją. Dwóch pozostałych wspomagało Warloghe na koncertach. W takim składzie nagrali pierwsze dwa dema. W trakcie sesji nagraniowej drugiego albumu Warloghe, udało się także zarejestrować muzykę na pierwszy krążek Helwetti. Sprawa się jednak posypała i album nigdy nie ujrzał fińskich jezior ani łosi. Po dwudziestu latach wokale nagrał etatowy wokalista Worloghe, Eorl Torth Tyrannus. Wytwórnia Illuminating Void została wskrzeszona (zarządzają nią członkowie Warloghe), i tym oto sposobem mam przed sobą CD z pierwszym długograjem Helwetti. Prawdopodobnie nikomu nic by się nie stało, gdyby ten album nie ujrzał łosi, jezior i księżyca, bo nie jest to nic epokowego. Mikko w mojej opinii lekko się zagalopował, co nie zmienia faktu, że jest to krążek dobry, nawet bardzo dobry, i to, że wreszcie został wydany, nie jest żadnym błędem czy posunięciem złym. Słuchając go mam pełną świadomość, że szkoda byłoby, gdyby te kompozycje przepadły. Nie odmienią świata, nie pomogą dzieciom w Afryce ani dzielnej Grecie w ratowaniu ludzkości, ale kilku maniakom podziemnego, bezkompromisowego black metalu, mogą umilić życie. Bez wątpienia się do nich zaliczam, nie będę więc narzekał. Szczególnie, że materiał zatytułowany po prostu „Helwetti”, mocno kojarzy się z polskim graniem z lat dziewięćdziesiątych. Zawdzięcza to głównie wokalowi, ale nie tylko. Nie jest to ten dobrze nam znany fiński black, pełen średnich temp i oszczędnych bądź nie, melodii. Sześć kompozycji składających się na ten album, to numery dużo bardziej mroczne, surowe i szczerze mówiąc: proste. Tu nikt nie komplikuje za bardzo spraw, wszystko idzie drogą klasycznego, piwnicznego black metalu, który kojarzy mi się nie tylko z naszą dawną sceną, ale także z kilkoma norweskimi tworami. Ta lekka odmienność też jest ciekawa, bo nie dostajemy kolejnego stu procentowo fińskiego dzieła, tylko coś, co po pierwsze lekko zaskakuje, po drugie prowadzi nas w piękną przeszłość. Jestem w stanie uwierzyć, iż ten materiał przeleżał dwadzieścia lat. Brzmi niesamowicie autentycznie, podobne są patenty, aranżacje, brzmienie. No i trzeba tu wspomnieć o wokaliście, bo bez niego wszystko by padło. Nagrywał teraz, ale dopasował się wybornie. Swoim wkładem przybił stempel i potwierdził autentyczność tego materiału, bo ani sekunda nie zdradza tego, iż wokale od instrumentów dzieli prawie dwadzieścia lat. Brawo.

Szczerze powiem, że mogę sobie narzekać na ilość wydawnictw docierających do nas z Finlandii, ale jeśli będą to rzeczy tego typu, to niech je tu nawet zwożą ciężarówkami. Nie ma problemu. Jestem gotowy, najwyżej przestanę chodzić do kościoła, bo czasowo nie wyrobię. Jestem pewien, że zbawiciel mi wybaczy. A jeśli nie, to piekło… tfu, Helwetti czeka!

Helwetti – „Helwetti”. Illuminating Void Productions, lipiec 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz