niedziela, 14 listopada 2021

[ARCHIWUM90] #9: Mayhem - "Live in Leipzig".

 

Ponieważ nie jestem wielkim fanem Mayhem, i nie jestem też wielkim fanem koncertówek, dziś przeczytacie o „Live in Leipzig”. Ma to sens, prawda? Pewnie tylko dla mnie, ale to nie ma większego znaczenia, bo w oczach większości z was i tak już jestem pozerem, gdyż zdradziłem się z moim podejściem do Mayhem. Cóż, przykro mi, prawda jest taka, że dla mnie ten zespół po „De Mysteriis Dom Sathanas” mógł zakończyć działalność. Nie zakończył, mnie to nie wadzi, bo wszystko co najlepsze wydał wcześniej, więc niech sobie gra. Żeby jednak jeszcze bardziej wszystko zamieszać – głównym powodem mej niechęci do Mayhem była osoba Euronymousa, a paradoksalnie wszystko co z nim nagrali uważam za ich najlepsze materiały.

Musiałem kiedyś wreszcie dokonać tego kaming ałtu, mam to za sobą, odhaczone w kajeciku. Najlepszym albumem Mayhem jest dla mnie „DMDS” oczywiście, bo to krążek wielki, ale zaraz po nim jest nagranie pochodzące z Lipska, z 1990 roku (pierwsze wydanie pochodzi z 1993 roku). Jak już wspomniałem nie lubię koncertówek, nie do końca rozumiem sens ich nagrywania, ale w tym przypadku należy dziękować wszystkim, którzy przyczynili się do wydania tego materiału. To przede wszystkim szansa usłyszenia Mayhem w klasycznym składzie: Dead, Euronymous, Hellhammer i Necrobutcher. Do pewnego momentu była to jedyna taka szansa, teraz mamy już możliwość kupienia kilku innych koncertów zarejestrowanych w tamtym okresie działalności norweskiej legendy. Ten jednak wybija się ponad inne. Po pierwsze dlatego, że był pierwszy. Po drugie, bo wcale nie przypomina klasycznych koncertówek z głośno reagującą publiką i częstą interakcją wykonawców z tłumem. Po trzecie dlatego, że ma po prostu niesamowitą, niepowtarzalną atmosferę, wspaniale oddaną na nagraniu. Dead jest tu w życiowej (jakkolwiek to brzmi) formie, pomyłek nie słychać zbyt wielu no i sam dźwięk i jego jakość są naprawdę przyzwoite (do purystów i krytyków: Wschodnie Niemcy, 1990 rok. Wszystko w temacie). Klimat jest tu najważniejszy, atmosfera totalnego black metalowego rytuału. Nie byłoby jej jednak bez utworów z mającego dopiero ujrzeć światło księżyca „De Mysteriis Dom Sathanas”. Są tylko cztery, ale wprowadzają tę magię, ten czar, ten chłód i zło. Jasne, tym z „Deathcrush” też nic nie brakuje, ale usłyszeć Deada w tych kompozycjach, to było coś! I nadal jest. To jak on tu zaśpiewał „Freezing Moon” zasługuje na długie i potężne oklaski. Ja nic nie chcę odejmować Attili, bo robotę na „DMDS” zrobił doskonałą, ale naprawdę dużo bym dał, by usłyszeć studyjną wersję tego albumu z legendarnym Szwedem za mikrofonem.

Zostawmy jednak „De Mysteriis…”, bo nie o nim to tekst, choć oba te wydawnictwa łączy bardzo wiele. Przede wszystkim oba są niezwykle ważne dla rozwoju black metalowej sceny i to nie tylko norweskiej. Ale „Live In Leipzig” wyróżnia jeszcze coś. Serce, duch i pasja. Tu nie ma ani jednej sztucznej sekundy, tu jest czyste oddanie i wiara w to, co się robi. To jest przykład totalnego niedbania o jakiś wizerunek czy reputację brzmieniową i techniczną – jak to dzisiaj często ma miejsce – tu liczy się energia i serce. I black metal. I zło, śmierć i zimno. No i księżyc. W pełni oczywiście.

Kilka lat temu byłem w Warszawie na koncercie, podczas którego Mayhem zagrał cały „De Mysteriis…” i nic poza tym. Wyszli, zagrali, zeszli. Bardzo oszczędnie, bardzo klimatycznie. Było to udane misterium, zrobiło na mnie wrażenie. Ale gdyby ktoś dał mi wybór, to stanowczo wolałbym się wtedy znaleźć w Lipsku, w ten zimny listopadowy wieczór w 1990 roku.

Mayhem – „Live in Leipzig”. Obscure Plasma, 1993.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz