poniedziałek, 8 listopada 2021

[ARCHIWUM90] #8: Necromantia - "Scarlet Evil Witching Black".

 

Była w tym cyklu już Norwegia, była Polska, była nawet Austria, musi więc pojawić się wreszcie Grecja. Tak jak w przypadku Norwegii, wybór pierwszego krążka z kraju Homera nie jest oczywisty. Podyktowany został okolicznościami, bo gdyby Necromantia nie kończyła działalności, zdecydowałbym się pewnie na jakiś stary Rotting Christ bądź Varathron, które zawsze bardziej mi podchodziły. Nie znaczy to wcale, że robię cokolwiek na siłę, bo „Scarlet Evil Witching Black” to mój ulubiony album tego kultowego zespołu i jeden z najlepszych greckich krążków lat dziewięćdziesiątych. Dziś o nim, a jutro o ostatnim, zamykającym dyskografię Necromantii „To the Depths We Descend…”.

Byłaby to regularna klamra i domknięty krąg, gdyby nie fakt, że „Scarlet Evil Witching Black” jest drugim albumem Greków. Pierwszy, pochodzący z 1993 roku „Crossing the Fiery Path” nigdy mnie w takim stopniu nie urzekł, choć także jest świetny. Jednak to właśnie wydany dwa lata później „Scarlet…” jest w mojej opinii ich najlepszym dziełem. Grecka scena zawsze była bardzo charakterystyczna, trudno było jej dokonania odnieść w jakikolwiek sensowny sposób do reszty Europy. Poza tematyką oczywiście, choć i tu moglibyśmy się doszukać znaczących różnic, ale te wynikają już z kulturowych uwarunkowań. Stali w każdym razie po tej samej stronie barykady, wyrażając to muzycznie trochę inaczej. Jakby tego było mało, sama Necromantia wyróżniała się (i nadal wyróżnia, choć już nie w takim stopniu – o tym jutro) spośród reszty greckich zespołów, tych bardziej i mniej znanych. Po pierwsze: bas. Jasne, u Greków zawsze było go słychać, ale Necromantia poszła dużo dalej. Wystarczy powiedzieć, że za owy instrument na drugim krążku zespołu (tak jak i w całej dyskografii, poza ostatnim albumem) odpowiada dwóch ludzi, z których jeden także za basowe solówki (Baron grał na ośmiostrunowym basie). Jest on w ich muzyce bardzo słyszalnym narzędziem, należy wręcz powiedzieć, że prowadzącym. To on jest kręgosłupem i treścią, nie gitara. Po drugie: klawisze i orkiestracje. Tak, wiem, bo znowu – u Greków to normalne. Fakt, ale nie w takim stopniu jak robiła to Necromantia, w każdym razie w tamtym czasie nikt nie stosował tych środków na taką skalę. Mamy tu przecież kompozycje oparte tylko i wyłącznie na tych elementach. Po trzecie: saksofon. To już jest argument kończący wszystko i niezbity dowód na to, że zespół ten był bardzo oryginalny nawet na tle swych krajowych kolegów. Nie występuje często, ale kiedy już się pojawia, przychodzi z nim magia. Po czwarte: atmosfera i klimat. I znowu – Grecy to zawsze klimat i atmosfera! Jak najbardziej, ale Necromantia jest dużo bardziej w tym klimacie i atmosferze romantyczna, wampiryczna i delikatnie diabelska. Im zawsze bliżej było mrocznej operze, niż pradawnemu rytuałowi, z którym kojarzy się wczesny Rotting Christ czy Varathron. Gdy wszystkie te elementy zbierzemy do kupy, dorzucimy oczywiście pierwiastek agresji, odpowiednie wokale – generalnie black metal, to otrzymamy muzykę totalnie oryginalną, nietuzinkową i bardzo bogatą. Mnogość aranżacji na każdym albumie Necromantii powala, a ten jest pod tym względem nie tylko jednym z bardziej rozbudowanych, ale i najlepiej wyważonym. Mam wrażenie, że wszystkiego jest tu akurat, z niczym panowie nie przesadzili (co zdarzało im się w późniejszych okresach działalności). Album trwa prawie pięćdziesiąt minut, ale czas przy nim pędzi, tak zajmujące to dzieło. W tamtych latach był to bez wątpienia jeden z najbardziej nowatorskich krążków, album z rodzaju tych, które nigdy nie zginą w świadomości fanów, a w każdym razie nie powinny. Bo za dużo wniosły do gatunku.

Do dziś się broni. Bez dwóch zdań. Wracanie do niego to czysta przyjemność. A zaraz po nim w odtwarzaczu ląduje piąty, zarazem ostatni album tej niekwestionowanej legendy. Łezka się w oku kręci, ale o tym więcej jutro…


Necromantia – „Scarlet Evil Witching Black”. Osmose Productions, 1995.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz