niedziela, 21 listopada 2021

[ARCHIWUM90] #10: Impaled Nazarene - "Suomi Finland Perkele".

 

Przyszedł czas na Finlandię. Wreszcie. I to od razu z przytupem, bo album ma ją w nazwie. Nawet dwa razy! Prawda jest jednak taka, że w latach dziewięćdziesiątych nie był to tak aktywny black metalowo kraj jak teraz. Dzisiejsza scena jest tam potężna, wtedy jednak, w okolicach 1995 roku znałem bodajże tylko dwa zespoły będące przedstawicielami black metalu, i pochodzące z krainy reniferów, łosi i muminków. Beherit i Impaled Nazarene. Beherit to oczywiście wielki kult w środowisku, choć ja lubię tylko ich pierwszy krążek i kiedyś do niego wrócę w tym cyklu. Dziś jednak zajmiemy się bandą wariatów gotowych na wojnę zimową, by po raz kolejny skopać tyłki komunistom. Przed nami „Suomi Finland Perkele”.

Jak się okazuje, pisałem już o tym krążku, ale było to dawno temu i tekst w większości nawiązywał do wojny zimowej, którą Rosjanie sprowadzili Finom (tu). Dziś o niej nie będzie, a nawet jeśli (bo lubię ten temat), to jest to tak dobry album, że mogę o nim pisać i się powtarzać. Mam to w nosie. Nie będę sobie żałował i nawet przytoczę kilka zdań z tamtego tekstu, bo pewnie tutaj napisałbym to samo. To jednak później. Najpierw tło historyczne, ale nie wojny zimowej, bez obaw. Odsyłam do książek, to ciekawy temat. Wracając jednak do degeneratów z Oulu, to poznałem ich nie od tego krążka a od „Ugra – Karma”. Potem trafiłem na „Tol Cormpt Norz Norz Norz…” aż wreszcie trafił w me ręce trzeci album Finów. Dwa pierwsze to totalna rzeźnia, byłem w szoku, że można tak grać. To co dzieje się na debiucie i dwójce, to istny dźwiękowy armagedon, totalna zagłada i zniszczenie. Szaleństwo, kosmiczne prędkości, dzikość, nienawiść i agresja na niespotykaną skalę. To oczywiście nie był powód do zmartwienia, bo przecież o to chodziło w tamtych dniach – im mocniej tym lepiej. Aż tu nagle pojawia się „Suomi Finland Perkele” i znowu wszyscy są w szoku. Lecz tym razem nie z powodu przekraczania kolejnych barier ekstremy, tylko wręcz odwrotnie – pójścia w łagodność. Oczywiście nie zapędzajmy się za bardzo – co dla Impaled jest łagodne, dla innych jest szczytem sonicznego biczowania. Coś jednak w tym jest, bo już nigdy potem zespół nie nagrał takiego krążka. Wiadomo, sam album i jego finalne brzmienie mają związek z niesnaskami w składzie i rożnymi wizjami rozwoju, dlatego też potem zespół już nawet nie zbliżył się do tak spokojnych dźwięków. Z drugiej strony, nie można popadać w przesadę, bo przecież ten krążek to nie jest zbiór ballad, choć zawiera najwspanialszą metalową balladę jaką kiedykolwiek stworzono. To nadal agresja, nadal zagłada, to nadal pocisk armatni dużego kalibru, zbliżający się bezlitośnie do wszystkich świętych krów. Nie jest to album długi, choć zawiera jedenaście kompozycji. Pół godziny muzyki przy takiej ilości utworów mówi nam jasno, że nie znajdziemy tu rozbudowanych, progresywnych suit z dziesięcioma solówkami i klawiszowymi pasażami okraszonymi cyrkowymi wyczynami perkusisty. Nie będę tu pisał o każdym z numerów, ale kilka muszę wyróżnić, bo je uwielbiam. Tytułowy „Total War – Winter War” opowiada oczywiście o bohaterskich Finach dających popalić radzieckim sołdatom. W tekście pojawia się zapowiedź, że jeśli komuchy pojawią się znowu, zginą wszyscy. Tak trzymać chłopaki! Kolejny niezapomniany numer to, uwaga - „Vitutuksen Multihuipennus”. Czemu niezapomniany? Oczywiście dzięki tytułowi! Rozbraja mnie i kompletnie mi nie przeszkadza, że nie do końca go rozumiem. Jak pięknie brzmi! Na „Suomi...” znajdziemy także najbardziej romantyczny utwór fińskich wariatów, czyli „Blood is Thicker Than Water”. Można powiedzieć, że jak na Impaled, to jest to wręcz ballada. Tak, to ta najpiękniejsza ballada w historii metalu. Tekst to 100% pościelówy, choć z małym zgrzytem, bo ukochana ginie. Właściwie to oboje giną. No dobra, sielanki nie ma, ale trochę romantyzmu jest. Jest tu wreszcie zajebiście rock'n'rollowy „Let's Fucking Die”, z bardzo optymistycznym przesłaniem zawartym nie tylko w tytule. Płytę zamyka świetny muzycznie „The Oath of the Goat”, z bardzo długim jak na twórczość liryczną Finów tekstem. Warto też zwrócić uwagę na tytuł albumu, bo jego budowa jest ciekawa. „Suomi Finland Perkele”. Suomi to „fiński, Finlandia”, Finland to Finlandia a Perkele to diabeł. Teraz sobie coś sensownego z tego ułóżcie. Albo i nie. Bo pewnie nie ma to większego sensu. Chodzi o to, że Finlandia to diabeł, a jego uosobieniem jest Impaled Nazarene. Tu nie mam żadnych wątpliwości. Drugiego tak pochrzanionego zespołu, będącego w tym pochrzanieniu tak naturalnym i spontanicznym, wtedy nie znałem. Dziś chyba też nie znam, choć panowie trochę złagodnieli. Ale tylko trochę. O tym jutro. A dziś raz jeszcze zakręci się wezwanie do wojny totalnej!


Impaled Nazarene – „Suomi Finland Perkele”. Osmose Productions, 1994 (na zdjęciu wspaniałe wydanie z okazji setnej rocznicy fińskiej niepodległości, w oryginale okładka miała inne kolory).




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz