piątek, 29 października 2021

Północna wieża.

 

Quebec ma dużo uroku. I nie mam tu na myśli samego miasta, choć i ono zapewne takowy posiada, bardziej jednak chodzi mi o całą prowincję. Nie byłem, fakt, ale widziałem zdjęcia i filmy, bo znajoma tam mieszka. Piękne okoliczności przyrody. Dziko, dziewiczo i czysto. Nic tylko mieszkać i tworzyć. Właśnie, tworzyć. Dla nas, fanów black metalu, Quebec ma do zaoferowania jeszcze jedną ważną rzecz. Black metal właśnie. Projektów i zespołów tam tyle, ilu u nas debili w sejmie, co daje konkretną liczbę. Niedawno trafiłem na kolejny ciekawy twór, który w lipcu wydał pełnowymiarowy debiut „Tour du Nord”.

Zwie się on Pâlemort i nie jest totalnym debiutantem, bo ma na koncie demo z 2017 roku i split wydany rok później. Nie jest też jednoosobowym projektem, co w tamtych okolicach częste, bo tworzy go trzech panów, którzy – o dziwo – nie udzielają się w żadnych innych zespołach. Poza tym można jednak Pâlemort zaliczyć do grona klasycznych przedstawicieli tamtejszego podziemia. Zdążył już sobie Quebec wyrobić swój styl, swoją szkołę grania, i dzisiejszy bohater nie jest w tej kwestii odszczepieńcem. Jest więc intensywnie, szybko i agresywnie. To właśnie ta intensywność, przejawiająca się głównie w perkusji, jest wyznacznikiem black metalu pochodzącego z Quebecu i trwający trzydzieści trzy minuty „Tour du Nord” pod tym względem nie zawodzi. Zaczyna się jednak spokojnie, bo pięknym intro zagranym na gitarze akustycznej. Nie zwiastuje ono nawałnicy, która nadchodzi, ale to tylko potęguje efekt. Co ważne i trzeba o tym wspomnieć, Pâlemort miewa momenty, w których odchodzi od utartych schematów i gra dużo bardziej rozrywkowo i tanecznie. Nie ma ich dużo, ale słychać, że panowie lubią rock’n’rolla. Mają do takiego grania dryg i trochę szkoda, że takowych fragmentów nie pojawiło się tu więcej. Sporo jest natomiast klawiszy, co też w jakimś stopniu jest charakterystyczne dla tamtejszej sceny. Budują tło, często zimne i oszczędne, czasami cieplejsze i wprowadzające melodię. Zawsze jednak bardzo udanie komponujące się z gitarami, które nie dość, że serwują nam udane riffy, to potrafią ciekawie budować klimat albumu. Nie są to w żadnym wypadku wielce odkrywcze aranżacje, ale dużo dają przy tym jednostajnym tempie dyktowanym przez sekcję rytmiczną. Wokalnie nie ma żadnych wodotrysków, jest po prostu solidnie i zgodnie z prawidłami sztuki. Podoba mi się brzmienie, lekko chropowate, delikatnie przybrudzone, ale dynamiczne i pełne energii. Bez wątpienia jest to krążek udany, dobrze wpisujący się w tamtejszy krajobraz muzyczny, dobrze rokujący na przyszłość. Chciałbym by panowie częściej używali średnich temp, ale zdaję sobie sprawę, że każdy black metalowy muzyk z Quebecu ma w swoim DNA intensywność „Transilvanian Hunger”, i tego zmienić nie można. Godzę się z tym, bo lubię tę regionalną specyfikę i doceniam, że oni wszyscy potrafią na jednym fundamencie stworzyć tyle ciekawych albumów. Pâlemort i ich „Tour du Nord” to kolejny tego dowód.

Album znajdziecie w sieci, jest też dostępny na winylu. O wersji CD jak na razie nic nie słyszałem.

Pâlemort – „Tour du Nord”. Tour de Garde, lipiec 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz