środa, 20 października 2021

Kult smoły i siarki.

 

Niemiecka Baxaxaxa (ta nazwa wygrywa wszystko) od momentu reaktywacji pozostaje zespołem dość aktywnym. Demo „The Old Evil” w 2019 (tutaj o nim), epka w 2020 i wreszcie tegoroczny,  pełnowymiarowy album „Catacomb Cult”. Co ważne, Niemcy trzymają poziom i nie można powiedzieć, że reaktywacja zespołu była błędem. Fakt, epka nie powaliła, ale demo było bardzo dobre. A najnowszy krążek jest jeszcze lepszy i w pełni potwierdza słuszność decyzji o wznowieniu muzycznej działalności. „Catacomb Cult”, choć utrzymany w charakterystycznym dla zespołu stylu, potrafi momentami zaskoczyć. Ale po kolei.

Zaczniemy od oprawy graficznej. Tu zaskoczenia nie ma. Baxaxaxa trzyma się stylu obranego na pierwszym demie, pochodzącym jeszcze z 1992 roku. I fajnie, bo dzięki temu okładki wszystkich wydawnictw niemieckiego kwartetu stanowią jakby elementy tej samej kolekcji, tej samej ścieżki i tego samego wizualnego klimatu. Kwartetu, bo choć skład od wznowienia działalności pozostaje stabilny, to nie ma już pana, który na „The Old Evil” odpowiadał za świetne partie klawiszy . I pewnie dlatego na „Catacomb Cult” jest tego instrumentu mniej. Ale to nie jedyna różnica, bo panowie postanowili częściej pograć szybciej. I tak jak demo z 2019 roku zdominowane było przez partie wolniejsze, kojarzące się z wczesnym Samael, Taranis czy Xantotol, tak tutaj do głosu dochodzą echa szybszych numerów Hellhammer czy Celtic Frost. Nie oznacza to, że Niemcy zrezygnowali z ciężkich, powolnych, mrocznych aranżacji, bo wciąż jest ich dużo i są one utrzymane w klimacie poprzednich wydawnictw. Cieszy mnie to, bo Baxaxaxa doskonale wie, jak to robić. Mam po prostu wrażenie, że tym razem muzycy chcieli wnieść nieco ożywienia do muzyki. Wiadomo, materiał dłuższy (prawie pięćdziesiąt minut), dajmy słuchaczowi trochę nogą potupać. I dali. W kilku momentach to wręcz hitowe zagrywki, jak choćby w siódmym czy czwartym utworze. Nie wpłynęło to w żadnym stopniu na klimat czy atmosferę albumu. Nadal jest gęsto, mrocznie, smoła leje się z głośników, a siarka tylko czeka, by nas pochwycić. Diabeł czai się tu w każdej sekundzie, przyjaźnie macha ogonem i zaprasza do swego królestwa. Robi to z gracją klasyków gatunku, z wprawą weteranów, ludzi, którzy wiedzą, jak stworzyć piekielny klimat. Ale w końcu to diabeł. Baxaxaxa wspaniale przywróciła go dzisiejszej scenie. Od dawna mam wrażenie, że wraz ze zniknięciem kilku nazw, które określano mianem „dark metalu”, spora część diabła wyparowała ze sceny. To ich domeną było lanie smoły i sypanie siarki, to ich specjalnością było zanurzenie słuchacza w gęstej mazi i w nieprzeniknionym mroku. Do tych tradycji Niemcy powrócili mistrzowsko. „Catacomb Cult” to potwierdza. I pokazuje, że na takie granie wciąż jest miejsce i zapotrzebowanie, bo z tego, co widzę zespół cieszy się szerokim uznaniem w podziemiu. Słusznie. Zasługują w stu procentach. Oby tak dalej.


Baxaxaxa – „Catacomb Cult”. The Sinister Flame, sierpień 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz