piątek, 8 października 2021

Gorąca krew.

 

Jestem bardzo zbudowany kondycją niemieckiego podziemia w ostatnich latach. Praktycznie nie ma miesiąca, bym nie trafił na coś ciekawego, godnego uwagi, czy choćby solidnego na tyle, by zatrzymać się przy tym na dłuższą chwilę. Ostatnim takim odkryciem jest Werwolf. W tej chwili to – jak mniemam – projekt jednoosobowy, ale jeszcze kilka lat temu był to duet. Werwolf istnieje od 2005 roku i jak na taki okres działalności jego dyskografia prezentuje się raczej ubogo. Trzy epki i demo. Spośród tych czterech materiałów znam tylko jeden, ale już sobie obiecałem, że postaram się poznać resztę. „Blutgericht”, epka wydana w czerwcu tego roku, będzie dziś naszym obiektem zainteresowania.

Przyznam bez bicia, że zwróciła moją uwagę okładką (ale zatrzymała dźwiękami!). Lubię takie proste, sugestywne obrazy, nawiązujące klimatem do średniowiecznych rycin. Pani, która wymiotuje krwią, prawdopodobnie wisi też na sznurze, ale za to głowy sobie obciąć nie dam. To w końcu tylko detal, ważne, że grafika klimatyczna i urocza. Nie wypowiem się na temat reszty oprawy, bo jeszcze nie posiadam CD. Jeszcze, bo koniecznie muszę nabyć, a jest ten krążek dostępny na srebrnym nośniku dzięki Dominance of Darkness Records. Możemy więc zamknąć oczy i otworzyć szeroko uszy, bo jest czego słuchać. Niestety to tylko dwadzieścia minut, ale gwarantuję – szybko będziecie chcieli odpalić raz jeszcze. Pięć kompozycji black metalu na dopalaczach. Są pewnie na świecie i tacy recenzenci, którzy pokuszą się o określenie „Blutgericht” mianem black/death metalu, ale w mojej opinii to zbyt daleko idąca teza. Werwolf to rasowy black metal z lekko zwiększoną mocą. Jeśli jednak idzie o aranżacje, kompozycje, konstrukcję tychże, to dyskusji nie ma żadnej. Czarna sztuka wedle najlepszych wzorców. Daleka jednak od północnych rejonów, dużo bardziej naładowana siłą i treścią. Treścią, którą są mięsiste riffy, potężna perkusja oferująca nie tylko siłę, ale i technikę, brzmienie wzmocnione na tyle, by nikt nie miał wątpliwości, że tu chodzi o totalną zagładę. Nawet wokale występują w dwóch wcieleniach. Dominują te klasycznie blackowe, ale w tle często pojawia się growl, który też oczywiście wzmacnia przekaz. No i wreszcie tempo. Próżno szukać tu zwolnień. Werwolf pędzi jak rasowa kawaleria, jak ciężka jazda, której nie powstrzymają nawet angielscy łucznicy. To taki dwudziestominutowy Blitzkrieg, który zaskoczyłby nie tylko Francuzów, ale nawet rosyjską zimę. Efektem tego jest szybki koniec „Blutgericht”, co jest jedynym minusem tego wydawnictwa. Stąd więc moja wielka prośba do Lupusa: człowieku, nagraj coś nowego szybciej niż za cztery lata i niech to będzie dłuższe, bo naprawdę radzisz sobie i wiesz co robisz. Black metal ist Krieg!


Werwolf – „Blutgericht”. Dominance of Darkness Records, czerwiec 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz