niedziela, 3 października 2021

[ARCHIWUM90] #3: Storm - "Nordavind".

 

Śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej. Ale nie o to chodzi, jak co komu wychodzi…”. Tak śpiewał kiedyś Jerzy Stuhr i trudno odmówić mu racji. Kto z nas nie lubi sobie ponucić czy pośpiewać, choćby pod tym banalnym prysznicem. W połowie lat dziewięćdziesiątych okazało się, że kilku Norwegów, znanych do tej pory ze zdzierania gardła, też lubi zaśpiewać czystym głosem. Mało tego, okazało się, że im to wychodzi! W 1995 roku ukazały się dwa krążki, które mocno przewartościowały moje postrzeganie norweskich idoli. Na plus oczywiście. „Bergtatt” i „Nordavind”. Dziś o tym drugim, choć obiecuję, że do pełnowymiarowego debiutu Ulver kiedyś wrócimy.

Pan znany z Satyricon zaprosił do zabawy pana znanego z Darkthrone, potem obaj zaprosili do zabawy panią z bardzo długimi włosami, i tak się dobrze we troje bawili, że stworzyli album nietuzinkowy, wizjonerski, łamiący stereotypy i wyznaczający nowe kierunki w gatunku. Satyr, który występuje tu jako S. Wongraven, odpowiada za instrumenty, poza perkusją, bo za tą zasiada Fenriz, czyli Herr Nagel. Kari Rueslåtten zapewnia wspaniałe żeńskie wokale, a wspomniana już dwójka bohaterskich wojowników dorzuca swoje głosy. I obaj robią to doskonale. Pamiętam, że był to dla mnie szok. Jasne, muzyka była nowatorska, ale największe wrażenie zrobili na mnie dwaj kolesie, których znałem z zupełnie innej strony. Nagle okazuje się, że ci panowie potrafią śpiewać. A w towarzystwie muzyki i wejść Kari brzmi to wyśmienicie! Z czasem oczywiście otrząsnąłem się z szoku i zacząłem doceniać całość przedsięwzięcia. Nie tylko muzyczny aspekt, choć przecież i ten zasługuje na ogromną uwagę. Większość utworów to tradycyjne norweskie pieśni ludowe, ale trzeba je było zaaranżować na modłę black metalową. Z tego zadania wywiązali się muzycy bez zarzutu. Z jednej strony słychać doskonale, że to nie są riffy skomponowane tydzień wcześniej, ta „ludowość” jest tu obecna i wyraźnie słyszalna. Z drugiej strony słucha się tego materiału jak rasowego, metalowego dzieła. Balans perfekcyjny. Jednak nie o muzykę, nie o wokale i nie o aranżacje chodzi mi najbardziej. To, co doceniam w „Nordavind” najmocniej, to sam koncept. Z kilku powodów. Był to czas, gdy norweski black metal święcił triumfy, kolejne albumy powalały na kolana i wszyscy chcieli brzmieć, grać i wyglądać jak mieszkańcy norweskich miast i wiosek. A tu nagle szanowani na scenie grajkowie wyskakują z czymś tak nieprzystającym do ogólnego wizerunku sceny. Kolejna rzecz: inicjatorem wszystkiego był Satyr. Jego Satyricon był po „The Shadowthrone”, a przed „Nemesis Divina”. Do tej pory wielu fanów uważa te dwa krążki za najlepsze w dyskografii zespołu. Pomimo tego jego lider decyduje się i znajduje czas na stworzenie czegoś zupełnie odmiennego. No i wreszcie na koniec: Satyr miał wtedy 19 lat. Jak świadomym był już muzykiem, mogliśmy się przekonać po dwóch krążkach Satyricon, ale jak świadomym twórcą i człowiekiem? Jak głęboko zafascynowanym Norwegią, jej folklorem i tradycjami? To właśnie pokazuje nam „Nordavind”. I po latach to właśnie urzeka mnie najbardziej. Bo wszyscy ci, którzy twierdzą, że norweska fala black metalu to banda nieodpowiedzialnych dzieciaków nie mająca nic wspólnego z głębszą myślą, mogą iść i jak najszybciej skoczyć z wysokiego mostu. Ten krążek jest jednym z dowodów na to, iż wcale tak nie było i ci goście wiedzieli co robią, wiedzieli co chcą przekazać. Najczęściej udawało im się wyśmienicie, tak jak w przypadku jedynego krążka Storm.

Szkoda, że projekt ten nie wydał więcej albumów, ale wiadomo, z biegiem czasu liczba obowiązków obu muzyków rosła. Satyricon stał się wielką firmą, Darkthrone też nie był projektem wakacyjnym, o czas byłoby trudno. Z drugiej strony, może to i lepiej. Mamy dzięki temu jeden, ale doskonały krążek. Album, który jest prawdziwą perłą wśród norweskich wydawnictw lat dziewięćdziesiątych. I nie tylko norweskich.

Storm – „Nordavind”. Moonfog Productions, 1995.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz