piątek, 3 września 2021

Nordycka nawałnica.

 

Znowu Finlandia. Dziś Diaboli, które – chcąc nie chcąc – jest już swego rodzaju legendą tamtejszej sceny. Jednoosobowy projekt powraca po sześciu latach, choć w jego przypadku to, począwszy od piątego albumu „The Antichrist”, normalna praktyka. Tak długie przerwy w moim odczuciu wykluczają sens porównań do poprzednich wydawnictw, bo sześć lat to naprawdę szmat czasu. Nie będę więc dziś porównywał „Awakening of Nordic Storm” do wydanej w 2015 roku „Wiking Division”, skupię się po prostu na zawartości najnowszego krążka. A warto poświęcić mu kilka zdań, bo to dzieło udane.

Okładka nie powala, ale Diaboli nigdy nie słynęło z wyszukanych obrazów na swoich płytach. Ta, która znajduje się na „Awakening…”, jest przynajmniej dość sugestywna i nie pozostawia wielkiego pola do interpretacji. Wszystko jasne jest po jednym spojrzeniu. I fajnie, można szybko przejść do dźwięków. A te są gęste, intensywne i agresywne. Trudno znaleźć tu chwilę na oddech, trudno o większą przestrzeń czy trochę powietrza. Album trwa niecałe czterdzieści minut i od pierwszych do ostatnich sekund jest jak sztorm, czy burza właśnie. Zapomnijcie o zwolnieniach, zapomnijcie o głębszej atmosferze czy nostalgicznym klimacie. Tu wszystko podporządkowane jest agresji. Jedynymi momentami wytchnienia, są wstawki wręcz rock’n’rollowe, ale nie ma ich zbyt wiele, przygotujcie się więc na album naprawdę szybki i bezlitosny. Czy to źle? Ani trochę, bo ta szybkość i agresja wspomagana jest ciekawymi riffami, dobrymi wokalami, a i sama perkusja robi fajną robotę, choć momentami bywa monotonna. Ale brzmi bardzo dobrze, zresztą jak cały krążek. Jak wiadomo, Diaboli w pierwszej fazie swego istnienia grało Death Metal, era Black Metalu przyszła później. Wciąż jednak słychać w muzyce fińskiego projektu te początki, da się wyczuć inklinacje do grania cięższego. Tak, bez wątpienia to Black Metal, ale jednak cięższy niż u większości przedstawicieli tamtejszej sceny. Dzięki temu też gęstszy i bardziej zwarty, bardziej zbity. Nic w tym jednak złego, bo dzięki temu mamy większą różnorodność, poza tym, pomimo tej gęstości, Diaboli na najnowszym albumie też potrafi porwać serce i duszę. Wystarczy, że lekko zwolni do temp średnich lub średnio szybkich i automatycznie mam ochotę potańczyć. Wbrew pozorom chwilami to jest naprawdę hitowy krążek, który na koncertach zrobiłby piekło pod sceną. Jedno mogę mu zarzucić, aczkolwiek to tak trochę na siłę: dzięki swej gęstości i zwartości bardzo szybko mija. To oczywiście nie jest wielki problem, bo tak naprawdę to jednak prawie czterdzieści minut i zawsze można posłuchać go jeszcze raz, ale taka a nie inna koncepcja kompozycyjna powoduje po prostu szybkie przemijanie. Jednak to tylko uwaga na marginesie, nie ma sensu przywiązywać do niej wagi. Kończąc powiem tak: wszyscy fani Diaboli koniecznie powinni sięgnąć po „Awakening of Nordic Storm”. Koniecznie. A ci, co zespołu wcześniej nie znali ale doceniają dobry Black Metal, dostają album, od którego dobrze będzie rozpocząć przygodę z tym fińskim projektem. Polecam.

Diaboli – „Awakening of Nordic Storm”. Northern Heritage Records, kwiecień 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz