niedziela, 26 września 2021

[ARCHIWUM90] #2: Hödur - "The Majesty" / "Salve Satanas".

 

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma lasami… Jakoś tak to szło, choć pewien nie jestem, poza tym, akcja dzisiejszego tekstu dzieje się (a raczej działa) w Gdyni, od której lasy mnie dzielą, ale góry już nie bardzo. Zaczniemy więc jeszcze raz: dawno temu w Gdyni było mocne podziemie black metalowe. Były to lata dziewięćdziesiąte, wszystko było inne, na sklepowych półkach przestał dominować ocet, papier toaletowy był już dostępny bez kolejek i zapisów, a w skali ogólnokrajowej rodziła się i rozrastała scena black metalowa. Wtedy było to oczywiście głębokie podziemie i to nie do końca takie jak dziś, bo ówczesne realia nie były sprzyjające. Pomimo tego młodzieńcy z poczuciem misji tworzyli. Trzech z nich powołało do życia zespół Hödur i to o nim traktował będzie dzisiejszy tekst.

Pozwólcie, że dziś delikatnie odejdę od założonej formy tego cyklu. Zamiar był taki, by każdy tekst traktował o jednym albumie / wydawnictwie, jednak dyskografia gdyńskiej hordy jest tak skromna, iż zmieszczę oba materiały w tej recenzji. Szczególnie, że trójmiejskie trio debiutowało demem zawierającym cztery kompozycje. „The Majesty” trwa trzynaście minut i w 1995 roku zespół wydał je własnym sumptem. Oczywiście na kasecie. Dziś możemy znaleźć je także na winylu i CD. Materiał nagrany został w Warrior Studio, które jeszcze wtedy mieściło się w Gdyni. Wkładka podaje, że stało się to w lutym 1995, sądząc jednak po jakości nagrania nie trwała ta sesja miesiąca. Tak, produkcja pozostawia wiele do życzenia, jednak to black metal, nie filharmonia, więc nie ma co ronić łez, nie takie rzeczy się słyszało. Co ważne, te cztery kompozycje doskonale określały styl zespołu, który już do końca działalności się nie zmienił. Hödur to nie zespół, który chcecie zabrać na romantyczną kolację z dziewczyną czy wspólne podziwianie zachodu słońca. Hödur to śmierć, zniszczenie, nawałnica perkusyjna i niepoprawne politycznie teksty. Hödur to black metal w najczystszej postaci, bezlitosny i nie biorący jeńców. I to właśnie obwieściło całej Polsce demo „The Majesty”. Swoją rolę spełniło. A potem przyszedł rok 1997 i „Salve Satanas”. I tu od razu powiem – dla mnie to wciąż jeden z najlepszych black metalowych krążków, jakie zrodził ten kraj. Nagrany także w Warrior Studio, które już wtedy działało w Toruniu, tym razem jednak bez wątpienia poświęcono na cały proces więcej czasu, bo album brzmi dużo, dużo lepiej. W zasadzie brzmi bardzo dobrze, tak, jak powinien brzmieć bezlitosny black metalowy atak. Bo Hödur nie zmienił ani składu ani muzyki. Nie porzucił też niepoprawnych politycznie tekstów. „Salve Satanas” to wspaniała esencja czarnej sztuki, wojny dźwiękowej, totalnej zagłady. Zapomnijcie o klimacie, atmosferze i zwolnieniach. Śmierć i rzeź. Tylko to. Osiem kompozycji, trzydzieści jeden minut masakry. Coś pięknego. A wszystko doprawione bardzo udanymi, choć oszczędnymi melodiami. Bo to nie one mają tu przykuwać uwagę. Głównym daniem jest bezkompromisowy black metal. Wszystko tu zostało zrobione bardzo dobrze. Świetna perkusja i wokale, niszczące gitary, odpowiednie brzmienie. Ten krążek naprawdę nie ma wad. A siódmy „Antichrist / Lucifer” z tekstem Tadeusza Micińskiego to jest hicior nad hiciory. Nic tylko palić i bezcześcić. Cud, miód i orzeszki, moi mili. Polecam, jak ktoś nie słyszał. Oba materiały pojawiają się co pewien czas w rodzimych dystrybucjach, bo i „Salve Satanas” można teraz dostać na CD i winylu (pod tytułem "Salve Sathanas"). W 1997 była tylko kaseta. Ale, jak już pisałem, wtedy wszystko było inne. Tylko black metal był taki, jaki być powinien.

Nie wiem, czemu zespół przestał po tym krążku istnieć, ale żałuję. Pewnie mogliby jeszcze coś interesującego wydać. Jako ciekawostkę dodam tylko, że jeden z panów wciąż jest aktywny na scenie i gra w Lvcifyre i Death Like Mass.

Hödur – „The Majesty”, wydanie własne (kaseta), 1995.
Hödur – „Salve Satanas”, Dagdy Music (kaseta), 1997.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz