wtorek, 15 czerwca 2021

Wichrowe czary.

 

W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, miałem zespół Wicher. Niczego oficjalnego nie wydaliśmy, mamy na koncie zaledwie jednego reha, ale nie to jest istotą rzeczy. Istotą jest bowiem sama nazwa. Nie sądziłem, że przyjdzie czekać tak długo, aż ktoś wreszcie wykorzysta ten piękny wyraz, jako nazwę swego zespołu. Czas oczekiwania minął wraz z pojawieniem się „Czarów i Czartów”, sygnowanych tymże właśnie słowem. Nie jest to co prawda black metal, ale kto wie, może taka nazwa do folku pasuje nawet lepiej?

Nie mnie to rozstrzygać, w każdym razie cieszę się, że jeśli już ktoś tę nazwę wykorzystał, to widnieje ona na płycie bardzo dobrej, bardzo ciekawej i bardzo oryginalnej. Wicher to trio, złożone z dwóch panów i pani. Gdybym wam powiedział w jakich jeszcze zespołach rzeczeni panowie się udzielają, nie uwierzylibyście. Ale nie powiem, bo zespół dba o odpowiednią, tajemniczą otoczkę. W ogóle „Czary i Czarty” to taki trochę album gwiazd, bo gościnnie też pojawiają się osobistości na scenie znane i szanowane. Do tego wspaniałe wydanie i oprawa graficzna (po raz kolejny brawa dla Mar.A Artworks, kunszt tej pani z dnia na dzień jest coraz większy), oraz dobra promocja ze strony Grega (to w ogóle odważny krok, bo wszyscy wiemy co do tej pory znaleźć można było w katalogu Godz Ov War), no i mamy przepis na sukces. Oczywiście w odpowiednich proporcjach, bo to nadal nisza muzyczna, tym bardziej, że Wicher nie gra metalu, a folk. I to taki folk sensu stricto, nie jakieś tam stylizowane melodyjki i udawana ludowość. Tyle, że – moi drodzy – nie jest to chór gospodyń wiejskich, czy gęślarz Mieszko z festynu dożynkowego, a folk mroczny, tajemniczy, zatopiony głęboko w lesie, dawnych legendach, wierzeniach i strachach. Już sam tytuł mówi wiele, jest on zresztą nawiązaniem do dzieła Tuwima („Czarty i czarty polskie”), z którego zaczerpnięte zostały fragmenty tekstów. Nie spodziewajcie się więc piosenek o wschodzącym słoneczku czy Janku co poszedł w pole. Nie, tu idziemy do lasu. Lasu ciemnego, w którym harcują wiedźmy, czorty i demony. To podróż w lata dawno zapomniane, żyjące już tylko w tchnieniu nocnego lasu, tam, gdzie diabeł ma swe legowisko. To szaleńczy taniec przy ogniach, na tajemnych polanach, wśród biesów i wiedźm, dawnych bóstw i straszydeł. To podróż w ciemne zakamarki natury, wyobrażeń i przesądów. Wycieczka z diabłem, do naszego wnętrza, próba obudzenia najstarszych instynktów i podświadomych pragnień. To coś, co każdy z nas chce zrobić, ale nie do końca ma odwagę. Bo nie jest łatwo sięgnąć w samego siebie i odkryć, że to, czego chcemy, nie do końca jest akceptowane. A przecież każdy z nas chciałby się znaleźć na takiej polanie, oddać szaleństwu rytuału, tańca i zapomnienia. Teraz może. Wystarczy posłuchać tego albumu. Są tu też momenty ku zadumie, poważne, ale w żadnym wypadku nie patetyczne. Wicher doskonale wie, z której strony wiać, by porwać nasze serca. Szczególnie, że wszystko wykonane zostało przy użyciu tradycyjnych instrumentów, a pani odpowiedzialna za wokale dysponuje niesamowitym głosem i wie jak go użyć. Zbierzcie to wszystko do kupy i sami odpowiedzcie na pytanie, czy folk może być ekstremalny, mroczny i porywający black metalowe serca? Otóż jak najbardziej może, czego przykładem jest ten krążek. Powiem więcej, w ostatnim czasie sięgałem po ten album częściej niż po jakikolwiek metalowy, bo jest tu taka ekspresja, taka dynamika i taki klimat, że gęsia skórka momentami gwarantowana. Mówiąc krótko – nawet jeśli nie po drodze wam do końca z drumlami, bębnami, mandoliną czy fletem – nie zrażajcie się, sprawdźcie „Czary i Czarty”, bo może być tak, że porwie was wicher i długo z tego lasu nie wrócicie.

Nieś, Biesie nieś!


Wicher - „Czary i Czarty”. Godz Ov War Productions, maj 2021.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz