niedziela, 9 maja 2021

Z wizytą w Innlandet.

 

Kiedy jakiś czas temu przyszła paczka z nowościami z Werewolf Promotion, to odsłuchy zacząłem od tego albumu. Tak się jednak jakoś złożyło, że z tego ostatniego rzutu od Szymona, Likvann doczekał się recenzji jako ostatni. Nie mam pojęcia dlaczego, bo primo – bardzo się ucieszyłem, że wyszedł drugi pełniak (pierwszy to rok 2014), secundo – bo „Bumerke” to bardzo dobry krążek, niebanalny, nieszablonowy, choć do bólu klasyczny i kompletnie nie odkrywczy. I właśnie dlatego tak mi się podoba, bo ja lubię piosenki, które już kiedyś słyszałem, jak inżynier Mamoń. A poważnie – jego największą siłą jest prostota, doprawiona regionalnymi przyprawami budującymi klimat. O co chodzi? Poniżej znajdziecie odpowiedź.

Zanim jednak odpowiem, kilka słów o muzyce. W zasadzie wystarczyłyby dwa. Black metal. Tak, tylko tyle i aż tyle, bo Likvann to jest black metal taki, jakim być powinien. Taki, jakim poznaliśmy go na początku lat dziewięćdziesiątych. Od tamtego czasu wiele się niestety zmieniło i w tej chwili pojęcie to kryje w sobie masę rzeczy, które nigdy nie powinny się w tym obszarze znaleźć, tak muzycznych jak i ideologicznych. Likvann na szczęście jest jednym z tych, którzy wiedzą o co w tym wszystkim chodzi i jak to powinno wyglądać i brzmieć. Muzyka jest prosta, ale nie prostacka, brudna, agresywna, pełna nienawiści. Nie ma tu miejsca na jakieś atmosferyczne dyrdymały, czy melodie pasujące bardziej do niedzielnego obiadu z rodziną. Nie, tu jest esencja i serce tego, co kiedyś określane było „złem” w muzyce. Taki był black metal na początku i takim powinien pozostać. Skabb, człowiek stojący za projektem, doprawia to wszystko niesamowitymi wokalami, bardzo rozpaczliwymi, momentami wręcz histerycznymi (trochę kojarzą się z Burzum), ale kiedy trzeba zmienia głos w tubę nienawiści i złości. Bardzo dobra robota, szczególnie, że świetnie komponuje się to z muzyką. A muzyka doskonale komponuje się z regionalnymi przyprawami, bo Skabb często sięga po melodykę znaną choćby ze Storm. Ma to oczywiście swoje uzasadnienie. Jest Norwegiem i jak dowodzi wkładka, jest z tego powodu dumny. Zdjęcia zamieszczone w obszernej książeczce pochodzą z przeszłości, ale wszystkie były zrobione w jego rodzinnym regionie. Także kilka obrazów zamieszczonych we wkładce dobrze buduje klimat norweski, bo to dzieła romantyczne, mocno podkreślające tożsamość i związki Norwegów z przyrodą (pisałem o tym przy okazji recenzji albumu Varde). Wszystko to razem buduje bardzo udany efekt końcowy. Black metal uniwersalny, ale podkreślający i dbający o swoje korzenie. Będący dumny z pochodzenia (jak wiemy nie jest to wymysł dzisiejszy, przypominam choćby Darkthrone) i nie zapominający o swej ziemi, zarazem jednak niosący idee na tyle uniwersalne, że każdy może się z nimi utożsamiać. Mnie takie idee są bardzo bliskie, szczególnie dziś, gdy często zapominamy o swoich korzeniach i dlatego ten krążek chwyta mnie za serce. Black metal zawsze był czymś więcej niż tylko muzyką. „Bumerke” jest tego doskonałym dowodem i przykładem. Polecam wszystkim, którzy rozumieją o co w tym wszystkim chodzi, cała reszta może zostać przy behemoth albo batiuszce.


Likvann - „Bumerke”. Werewolf Promotion, marzec 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz