czwartek, 29 kwietnia 2021

Rycerz, Diabeł i Święta Śmierć.

 

Jak wszyscy wiemy, Old Temple lubi wznawiać. Najczęściej są to pozycje warte tego uczynku, czasami trochę bardziej, czasami trochę mniej. Dziś o krążku, który bez wątpienia był i jest bardziej. Nie wiem jak dobrze znacie nazwę Holy Death, dla mnie osobiście, w latach dziewięćdziesiątych, był to dość istotny zespół. Szczególnie demo „Abraxas”, wydane w epickim stylu na kasecie (Baron Records), posiadające bardzo oryginalną okładkę. Nie o nim dziś jednak będzie, a o ostatnim pełniaku krakowskiego zespołu, pochodzącym z 2005 roku „The Knight, Death and the Devil”.

Za konceptem i powołaniem do życia Holy Death, stał znany z bardzo szerokiej działalności na scenie, Leszek Wojnicz – Sianożęcki, tu ukrywający się pod pseudonimem Necronosferatus (we wkładce omawianego dziś albumu widnieje jako Mercurius). Reszta muzyków na przestrzeni lat zmieniała się, zespół często przechodził kadrowe zawirowania. Ale nie mam zamiaru opowiadać wam tu ich pełnej historii, tę możecie znaleźć w książeczce wznowienia „The Knight...”. A wznowienie jest to bardzo bogate i naprawdę robi wrażenie. Oprawa graficzna, sama jakość wydania no i przede wszystkim masa muzyki. Album doczekał się dwóch wersji miksu (za jedną z nich odpowiada Mikołaj z Mgły) i znajdziemy je tu obie. Dwa złote dyski wypełnione są po brzegi, gdyż znalazło się tu miejsce dla bonusowych wersji instrumentalnych kilku utworów a także kilku dodatkowych cover’ów. Ale co najważniejsze – album sam w sobie jest po prostu bardzo dobrym krążkiem. Holy Death to stara szkoła black metalu, ale nawet nie myślcie o drugiej fali, Norwegii czy choćby ówczesnym polskim graniu. Jeśli idzie o black metal, to dla Necronosferatusa zawsze najważniejsze były zespoły takie jak Bathory, Hellhammer, Samael i podobną drogą chciał podążać ze swym zespołem. Najlepiej udało się to na „Triumph of Evil” (1996) i wspomnianym już przeze mnie „Abraxas” (1994). Ale i tu, w dużym stopniu, panowie dali radę wskrzesić czarnego ducha lat osiemdziesiątych. Szczególnie dobrze prezentuje się to w wersji zmiksowanej przez Mikołaja (ta druga jest po prostu za gładka, ale też warto jej posłuchać, bo swój urok posiada), muzyka jest brudna, surowa, podziemna i naprawdę wieje atmosferą zła. Holy Death nigdy nie był sprinterem, dominują tu tempa średnie, napędzane mocnymi riffami, nad którymi unosi się zróżnicowany i ciekawy wokal. Panowie potrafią klimatycznie zwolnić, wpleść ciekawą melodię ale też przyspieszyć na tyle, by pod sceną się zakotłowało. Moim absolutnym faworytem jest tu kompozycja numer sześć, czyli „Fallen Angel”, z doskonałą partią gitar, melodia przewodnia z tego utworu po prostu mnie rozkłada. Ale bardzo dobrych momentów jest tu dużo więcej, bo to album zróżnicowany, nad którym pracowali ludzie o sporym doświadczeniu i różnych gustach muzycznych, co słychać. Dziewięć kompozycji, które warto poznać, szczególnie gdy nigdy Holy Death nie słyszeliście. Może poprowadzi was to jeszcze dalej w ich przeszłość, która poznania także jest warta.

Bardzo, ale to bardzo udane wznowienie, jedno z tych, którego długo brakowało. Brawa dla Old Temple za wytrwałość w odkopywaniu tych wszystkich perełek naszego podziemia. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy po prostu lubią black metal starej, dobrej szkoły. Oraz dla takich starych pierdzieli jak ja, którzy pamiętają ten zespół jeszcze z lat dziewięćdziesiątych. Mówię wam, warto.


Holy Death - „The Knight, Death and the Devil”. Old Temple, luty 2021.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz